MAŁGORZATA HAS

urodziła się 30 czerwca 1970 roku we Lwowie. W Namysłowie mieszka od roku 2000. Jest trenerem tenisa ziemnego. Interesuje się psychologią, dobrą literaturą (w szerokim tego słowa znaczeniu), sportem i muzyką. „Poezjowaniem” zajmuje się od kilku lat, ale za to z ogromnym zaangażowaniem.

 

 

 

* * *

wytarłam z ciała

męski pierwiastek

ekstazą poezji

mgłą dymem tchnieniem

formą co czas rozkłada

dotarłam do alchemika

spotkałam harego

miałam usta przy uchu

ucho przy ustach

w brzuchu motyle

może to początek końca

spoczywał na mych udach

porośnięty jesienią

kobietą w mężczyźnie

mężczyzną w kobiecie

zaczynał się i gasnął

i wzbił się ponad

 

lilią

 

 

 

NIE POTRAFIŁAM Cl POWIEDZIEĆ

 

Niepotrafiłam ci powiedzieć

Zostanie milczeniem

Ciężkim jak woń werbeny

Jak miłość safijska

Mówiłam - nic ci do tego

 

Kobiece brzemię

Kobiecy rewir

Potrzeby niewielkie, a przelotne

Jak potrzeby motyla

Czuć coś - to nie to samo

Co kochać

Cierpliwie znosić

Ekstazę nieurodziwych

Czekać aż na ciało spuszczą

Zasłonę milczenia

 

Niepotrafiłam ci powiedzieć

 

Uprzedzenie zagnieździło się

w umyśle

Różańcem cnót

Namiętnego ciała

Po podłodze mkną liście

Na jednym twoje imię

Basowe ostinato zadowolenia.

 

 

 

KOBIETA

 

Otworzyła drzwi i wpuściła wspomnienie

Mówiła głosem z zaświatów

Niby woda wsiąkająca ciężką

strużką w ziemię

I na mocy milczącej umowy

Rozkwitła miłość

 

Rzędy kwiatów

Karmazyn, popielaty błękit

Pszczoły w siódmym niebie

A w samym środku obrazu

Kobieta

Ciało barwy ciemnego miodu

Zapach uwolnionej duszy

Błogość

 

Muzyka rozpościera się w powietrzu

W oddali głosy chóru z Króla Edypa:

 

Nikogo nie nazywaj szczęśliwym

Powietrze w którym rozchodzą się

Słowa

Wisi obojętną płachtą

 

 

 

CUD

 

w świecie myśli i wyobrażeń

bieda zamienia się w dostatek

niepokój w ukojenie

 

na granicy zwątpienia

blask gwiazdy

oznacza zmiany

w myślach

ogłasza się koniec porządku

zaczyna się raj

chaos rzucony

jak jabłko newtona

lecz w stronę niebios

zawisł w przestrzeni witamin

miłości i wiary

i zmartwychwstanie trzeciego dnia

ten

kogo nigdy nie poznałam i nie

widziałam

 

ale wierzyłam

 

 

 

MOTYLE

 

Ratowałam motyle

w sklepieniach banku

w korytarzach urzędu

szukających wiatru

w kolorze tęczy.

Brałam je w ręce -

zostawiały na palcach ślady,

a zapach szarych konwalii

przywoływał do siebie.

Sama byłam motylem

pożyczyłam kolory od kwiatów

i wierzyłam w mit prawdy i sprawiedliwości.

 

Moje koleżanki

pogubiły kolory.

Ich miłość pomyliła drzwi…

Z uśmiechem przyklejonym do ust

zamykają świat w czterech

ścianach urzędu.

Czekają

że ktoś przyjdzie mimo wszystko

otworzy

i świat zacznie oddychać.

 

Koleżanki i koledzy

pachną poziomkami

i serca mają malinowe

Ich kieszenie są pełne jutra.

W końcu z czegoś trzeba budować świat.

Bez kresu, bez końca, bez granic.

 

 

SEN

 

Rzeka płynąca do tyłu

Ku złotym latom dzieciństwa

Prądem uniesione w górę

Liście drzew, konary zdarzeń

Uciekały od losu

od starości, śmierci

Pełen podziw dla artysty snu

Był nieunikniony.

 

 

CÓRKA

 

Mój tata był rzeźbiarzem

Rzeźbił w drewnie, nie w życiu

Wykonał mnie z gałązki

Przywrócił do życia

I tak traktował.

Miałam być człowiekiem,

nie Pinokio

z uczuciami - prawdziwa

Przykleił włosy, nos,

wyciął usta.

Wypolerował - zostawił

Zapomniał o potrzebach,

wychowaniu.

I co wyrosło?

Kobieta - Pinokio          

Raz z sercem, a raz z drewna -

Kim była mama?

Lekarzem.

 

 

***

 

Dla ciebie uchylę niebo,

Będę Ci sypać kwiaty pod nogi

A potem zapytam.

Dlaczego? Dlaczego?

Jesteś tak drogi

Drzewa ci ślą ukłony

Gdy idziesz droga życia

Ty jesteś dopiero zrodzony

Po swoich ciężkich przeżyciach

Zostałeś już przebudzony

I przywrócony

Do życia

Blask już Cię nie oślepi

Mgła nie zakryje oblicza

Zostałeś już wyleczony

Z tego ślepego nie bycia

Powita Cię śpiew słowika

Kwiaty dla ciebie zakwitną

Miłość w twe serce zawita

Co więcej do szczęścia trzeba

 

***

Noc snem zamglona

Bez gwiazd na niebie

Ona wychodzi z cienia

Kobieta

Gnana namiętnością i Potrzebą zdobycia,

Następnej ofiary Ona

Na co dzień przeciętna

Myszka szara

Kroczy ulicą, niepewna swych zamiarów

Rozpalona namiętnością

I chęcią niszczenia

Nie wie komu życie w koszmar zamieni

Spotyka przypadkiem

Mężczyznę

Wracającego, zmęczonego

Dobry mąż, ojciec, syn

Nie wie, że będzie stracony.

Prosi o ogień,

Przy blasku księżyca,

Spostrzega norweską urodę

Dobre maniery

Zaczyna swój plan wcielać w życie

Nakarmi swoja słodyczą,

Tak niebezpieczną dla niego, trucizną

Wyssaną z życia

 

 

***

 

Uczucie pomijane milczeniem

Cichy śpiew ptaków za oknem

 

Człowiek- poeta,

Wyrzuca na papier

Ukryte pragnienia,

Skulone plecy

Płomień świecy

 

Tak mały świat,

A tak wielki

Odłamek rani jego serce

 

 

NOC

 

Głęboka letnia noc -

niebo zasłane granitem

upstrzonym tysiącem gwiazd

 

Świat ukołysała cisza

 

W taką noc oddałabym

moje najskrytsze pragnienia -

zabrałabym cię

w swoje najpiękniejsze marzenia

zasiałabym w twoim sercu

ziarenko miłości

I pokochałabym cię

 

do nieskończoności

 

 

 

***

 

Powiedziałeś, że jesteś

Odpowiedzialny

Za co?

Za kogo?

 

chyba za pozory

 

Zapytałeś z jakiego

Drzewa zostałam zrobiona

Z tego, co Ty zasadziłeś

Z miłości, odpowiedzialności, szacunku

 

Chciałabym!

 

 

 

***

 

Z obcych ludzi

stwarzamy rodzinę

Stojąc na skrzyżowaniu

między sercem a rozumem

zrywamy złudzenia

Jak płatki kwiatów

pokryte rosą problemów

 

Uczymy dzieci

zawsze grać fair

niełatwo ale prawdziwie

A potem zanim dojrzeją

muszą powoli odcinać

te wszystkie nitki

 

I wtedy powrotu już niema