KAZIMIERZ JAKUBOWSKI – duszą i sercem przy „Wenie” od początku jej istnienia, a od jesieni 2004 roku opiekun Klubu. Autor wielu wierszy, piosenek, przekładów z W. Wysockiego, opowiadań, felietonów (jest dziennikarzem) i kilku wydanych własnym sumptem tomików (w 2009 roku ukazały się drukiem dwa jego tomiki: „Ksiuty z poezyją, czyli dubla w piedestał” oraz „Na rynku w Namysłowie, czyli sezony na „Ksantypę”. Sporo jego utworów (niezależnie od strony internetowej „Weny”, gdzie jest gościem) można znaleźć m.in. na stronach www.poema.art.pl 

 

   Kazimierz Jakubowski oficjalnie swoją działalność w namysłowskim środowisku rozpoczął w 1973 roku, kiedy w Gminnym Ośrodku Kultury dał się poznać jako dobry recytator, założyciel i kierownik Kabaretu Ksantypa, twórca tekstów dla kabaretów i namysłowskiej Kapeli Podwórkowej, wykonawca tychże tekstów a także inspirator i realizator pomysłów w dziedzinie amatorskich teatrów,  poezji śpiewanej, promocji twórczości innych lokalnych twórców. W Gazecie Ziemi Namysłowskiej pracuje od 1995 roku, szczególną uwagę poświęcając wszelkim wydarzeniom kulturalnym, publikując na łamach gazety relacje o tych wydarzeniach, recenzje a także utwory młodych twórców.      Dbając o promocję namysłowskich twórców stworzył witryny internetowe Weny, Namysłowskiego Ośrodka Kultury i Biblioteki Publicznej w Namysłowie – sam te strony uzupełnia i uaktualnia. Jest autorem monografii Weny p.t. „Poetyckie Zjawisko”.

 

No to co, że o tym już tu i ówdzie było!?

REPETITIO EST MATER STUDIORUM

Potocznie (czyli w miarę normalnie!) mówimy: Poszedłem z żoną do restauracji żeby zjeść obiad. Kiedy jednak chcemy dodać sobie splendoru, kiedy nas awansowano lub chcemy się dowartościować (choćby i prawem kaduka) powiadamy: Udałem się z małżonką do lokalu gastronomicznego, aby spożyć posiłek. Przyznacie, że jest to napuszony i wbrew intencjom „mówcy” mało poważny styl. Też tak uważam i staram się go unikać – chociaż z tym unikaniem różnie bywa…

Niedawno rozmawiałem z bardzo znaną i równie sympatyczną dziennikarką radiową. Ponieważ rozmowa była nagrywana, pilnowałem się aby w tym co mówię nie było napuszoności, żebym był taki „codzienny” i najnormalniejszy. Jednak w tej sprawie doszło do dziwnej „sprzeczności interesów” – pani redaktor wielokrotnie przerywała nagranie i wycinała z mojej wypowiedzi wszelkie codzienności, potoczności i regionalizmy… I tak, moim zdaniem, powstał nieprawdziwy obraz Kazika Jakubowskiego.

Jeszcze dziwniejszym językiem posługują się nasi politycy (czasami i dziennikarze) – mówią tak, jak nauczono ich w dzieciństwie. Mówią na przykład: Cofamy się do tylu, a gdzież jasna cholera można się cofać? - albo cofamy, albo do tyłu. Mówią w dniu dzisiejszym, zamiast dzisiaj… To jest tzw. mowa trawa, język okólników i sprawozdań. Niestety, piszę jak jest!

Dramat w tym, że mówimy błędnie i mało kto słyszy te błędy. Poniżej umieszczam najpopularniejsze słowa i zwroty, które są notorycznie niepoprawnie wymawiane, a co gorsza pisane (chociaż obecnie edytory tekstu zaznaczają błędy, niestety tylko ortograficzne).

·  Włączać, wyłączać – w przypadku zwrotu „Już wyłączam (włączam)” Zazwyczaj ludzie błędnie wymawiają anczam, wyłanczam. Jest to błędne, należy wymawiać zgodnie z pisownią czyli pamiętać, że występuje tam głoska Ą (która bardziej brzmi jak wyłonczaj).

·  W każdym bądź razie (w takim bądź razie). Tutaj edytor nie pokaże błędu, bo wyrazy są napisane poprawnie gramatycznie, jednak zwrot powyższy jest błędny. Błędny jest wyraz „bądź”. Wzięło się to ze zlepku dwóch zwrotów „bądź, co bądź” & „w każdym razie”. Jest to błędne możemy powiedzieć po prostu: „Bądź, co bądź do bankiera mi daleko” lub „w każdym razie do bankiera mi daleko” są to zwroty tożsame. Podobnie piszemy i mówimy „W takim razie umówmy się na piątek” – nie pchajmy tam „bądź”.

·  Kopnąłem, zamknąłem, wziąłem. Wiele osób te czasowniki w 1 osobie, liczby pojedynczej, w czasie przeszłym (rodzaj męski), wymawia tak: kopnełem, zamknełem, wziełem. W drugiej sylabie używając tym samym formy żeńskiej. Kobiety mówią kopnęłam, zamknęłam, wzięłam. Mężczyźni, wysławiajcie się po męsku!

·  Poszedłem, przyszedłem a nie poszłem, przyszłem. Całe szczęście, że tego coraz rzadziej się słyszy, nie mniej jednak warto na to zwrócić uwagę. Jest to błąd i tyle.

·  W ogóle… W słowie mówionym traktujemy to jako jeden wyraz, mówimy jednym tchem. Piszemy oddzielnie, ale mówimy jak jeden wyraz.

·  Częściej niż „proszę ciebie” słyszy się wtręt „proszę ja ciebie”, np. „I wiesz, proszę ja ciebie, potem poszliśmy do niego do domu i, proszę ja ciebie, było tak fajnie, że zapomniałam o wszystkim”. Powiedzenie samo w sobie nie jest niepoprawne. Należy do grupy zwrotów grzecznościowych typu proszę pani, proszę pana, proszę mamy, proszę taty, proszę siostry, proszę was, proszę Wysokiego Sądu. Dziś coraz rzadziej tak się mówi (z wyjątkiem proszę pani, choć i ono wypierane jest przez błędne proszę panią ), dlatego słusznie traktuje się owe konstrukcje - wymagające po członie proszę rzeczownika stojącego w dopełniaczu - jak składniowe archaizmy. Nie ma jednak uchybienia, jeśli ktoś powie: Proszę ciebie, co ja mam teraz robić? Ciebie, to forma II przypadka, a więc wszystko jest w porządku. Nawet i wirtuoz słowa ks. Jan Twardowski, w jednym z wierszy pisze tak: (…) Po prostu proszę ciebie/ o trochę ufności, / by oprzeć się na biednej mej kapłańskiej duszy. Powinno być rzecz jasna: Po prostu proszę cię… Jaki wypływa stąd wniosek (i nauka)? Wszyscy musimy piętnować owo proszę ciebie, kiedy niepotrzebnie pojawia się w wypowiedziach jako denerwujący wtręt, ale także wówczas, gdy zostało użyte w niepoprawnej konstrukcji gramatycznej. Nierozróżnianie dopełniaczowego proszę ciebie i biernikowego proszę cię kończy się tym, że niektórzy mówią witam… ciebie zamiast witam cię. Uszy więdną…

·  Używanie słowa "witam", czy to na początku mejla czy w innych przestrzeniach Internetu stało się nagminne. To słowo wydaje się być dobrym wyśrodkowaniem pomiędzy "cześć" a "dzień dobry", ale niestety, najczęściej jest nieadekwatne do sytuacji. Używanie tego słowa jest zasadne tylko w jednej sytuacji. Tak może do nas powiedzieć gospodarz lub gospodyni, kiedy do niego/niej przychodzimy. Jest wtedy powitaniem, a nie przywitaniem. Gospodarze witają nas w swojej przestrzeni, więc powiedzenie "witam" jest jak najbardziej na miejscu. Gdy ktoś pisze mejla, zaczynającego się od słowa "witam" to tak jakby był "gospodarzem Internetu", co raczej prawdą nie jest. Dlatego pisząc e-mail lepiej jest użyć formy "Szanowna Pani / Szanowny Panie" lub, jeśli nie wiem do kogo konkretnie piszemy, formy "Szanowni Państwo". Nie bardzo rozumiem czemu występuje taki opór przed użyciem tych zwrotów... Nawet widzę niechęć dla formy "dzień dobry" - a przecież to normalne powitanie, którego używamy w codziennym życiu. Internet nie jest już jakąś oderwaną od rzeczywistości przestrzenią - stał częścią naszego życia i panują w nim podobne zasady jak w "realu". Idąc do sklepu, albo innego miejsca publicznego nie zwracamy się przecież do osób tam będących "witam", tylko raczej "dzień dobry", prawda? Nie bądźmy burakami - nie używajmy słowa "witam" na początku listu. Nie używajmy go również pisząc na forum lub na czacie (no chyba, że jesteśmy tam adminem) - tam zwykłe "cześć" będzie w sam raz.

·  Strasznie… słowo zrobiło karierę i często słyszy się: „coś mi się strasznie podobało”..." strasznie lubię pomidorową" itp. I po cholerę? – strasznie, to strasznie jest, bez zachwytów!

·  Rok „dwutysięczny dwunasty"… Nie ma takiego roku, za to jest "dwa tysiące dwunasty".

·  Błędy popełniamy także w słownym zapisie miesięcy, np.: 10 styczeń 2011, 4 kwiecień 1995, 8 grudzień 2000 - w każdym powyższym przykładzie jest błąd. Poprawnie jest (analogicznie): 10 stycznia 2011, 4 kwietnia 1995, 8 grudnia 2000… warto zapamiętać taką regułę: 10 stycznia (bo 10 DZIEŃ stycznia) 4 kwietnia (bo 4 DZIEŃ kwietnia)....itd… A tymczasem często czytamy: „6 grudzień Mikołajki", „Ferie będą w miesiącu lutym"…. No i błąd, błąd, błąd – przecież ferie będą w lutym, a luty to luty – wiadomo, że miesiąc.

·  Najczęściej niewłaściwie odmieniane słowo, to cudzysłów.  Słyszy się np.: cudzysłowia, w cudzysłowiu, cudzymsłowiem (!). A przecież niewielkim wysiłkiem można pozbyć się wątpliwości; wystarczy zapamiętać, że „cudzysłów" odmienia się identycznie jak "rów": M. cudzysłów; D. cudzysłowu; C. cudzysłowowi; B. cudzysłów; N. cudzysłowem; Ms. Cudzysłowie; W. cudzysłowie!

 

 

STRUŁEM SIĘ TRUIZMAMI I TAUTOLOGIAMI

 

Przeglądam sobie strony Facebooku i od różnych „achów”, „ochów”, słodkości i niedopowiedzeń poprzetykanych kokietującymi wielokropkami aż rozbolały mnie wszystkie zęby (nawet te „nieobecne”) A od przeróżnych truizmów i tautologii tak mnie zemdliło, że może będę (pardone!) rzygał.

Wiem, że się niektórym użytkownikom FB narażam i być może powieszą na mnie wszystkie okoliczne psy, obrzucając mało wykwintnymi słowami – no i (za przeproszeniem) penis z tym - prawda jest prawdą.

Bo co to jest truizm?  Jest to stwierdzenie prawdy tak banalnej i znanej wszystkim, że aż zbyt błahej, aby ją wygłaszać. Truizmem jest np. stwierdzenie, że „dzieci dorastają", „po nocy wstaje dzień”, „szczodry człek nie jest skąpy” etc. Czasami taki truizm staje się na stronach Fb niemal objawieniem i godnym uwagi kierunkiem filozoficznym. Wtedy zgroza „duje” nie tylko od strony banału. No, nie jest tak?

A tautologia to jest taki twór językowy, w której istniejące wyrazy powtarzają swoje znaczenie. Mamy więc  „ale jednak”, „i jeszcze na dodatek” „źródło genezy”, czy „tylko i wyłącznie”.

Przykre jest to, że czasami niewolnikami wspomnianych (po)tworów językowych są ludzie, których kochamy, lubimy, szanujemy - Przyjacioły nasze… Głupio im zwracać uwagę, ale bardziej głupio jest, kiedy z przypadłości naszych przyjaciół śmieją się inni. Decydujcie – co jest gorsze?

Kilkaset lat temu (1470-1525) żył pewien francuski arystokrata i oficer o nazwisku Jacques II de Chabannes de la Palisse. Nie był postacią tuzinkową – w roku 1511 otrzymał tytuł Grand Maître de France (Wielkiego Mistrza Francji). Uczestniczył w wojnach włoskich – w roku 1500 skutecznie przyczynił się do odbicia Mediolanu, zaś w trakcie bitwy pod Rawenną w roku (1512) objął dowództwo armii po śmierci Gastona de Foix. W 1515 odznaczył się w bitwie pod Marignano, a w 1522 pod Bicoccą. Niestety - zginął podczas bitwy pod Pawią. Żołnierze (bardziej byli sprawni w posługiwaniu się mieczem niż piórem) na jego cześć napisali pieśń, która do dziś jest przykładem zbioru truizmów i tautologii. A zatem „Chanson de La Palisse” (fragmenty):

Panowie, oto nasza pieśń

Na pana La Palisse'a cześć, (…)

Bardzo lubił pływać łódką,

Lecz po lądzie chodził pieszo,

Jak to ludzie, gdy się spieszą;

Więc gdy wody wkrąg nie było,

Maszerował, że aż miło. (…)

Że złociste włosy miał,

Każdy go blondynem zwał.

Jak mawiali przyjaciele,

Miał talentów różnych wiele:

Kiedy wierszem pisał coś,

To nie prozą - równy Gość! (…)

Poległ La Palisse, panowie,

Tu, pod Pavią, każdy to wie,

Ale kwadrans wcześniej był

Całkiem taki jakby żył.

Obawiamy się, że rana,

Przez złych ludzi mu zadana,

Należała do śmiertelnych,

Skoro umarł nasz wódz dzielny (…)

 

Kazimierz Jakubowski

 

 

 

 

NOCNE CZARTÓW ROZMOWY

 

Księżyc z trudem przebił się przez bure kłęby chmur. Drżą­ca poświata musnęła stojący obok spożywczego sklepu sporych rozmiarów me­talowy kontener. Myszkujący nieopodal kot podniósł głowę i spojrzał z zainteresowaniem na oświetlony z nagła napis na boku kontenera: ASMABEL. Drgnął i ruchem wytrawnego łowcy przywarł do ziemi - z kontenera dobiegł szelest. Coś się w nim porusza­ło, a po chwili schrypnięty baryton mruknął z niezadowoleniem.

- Nie, to nie może być ołtarz ofiarny. Zamiast stosownej obiaty jeno resztki nadpsutego jadła. Zamiast ofiarnej krwi byczej, jeno barwnik takową udający. Oszukano mnie!

- Sam się oszukałeś! - przerwał mu szept, zimno cedzący słowa, przypominający syk węża. - Starzejesz się, Belu. Komu jest dzisiaj potrzebny Bel, mało znany bóg mało znanej Babilonii?...

Rozległ się trzask wyładowania elektrycznego.

- Puść! No, puść mnie wreszcie! Jestem Aeszma, staroper­ski demon nienawiści, znany tutaj jako Asmodeusz. Mam większe prawa do tego ołtarza, bo więcej na nim liter mojego imienia, a poza tym cenioną jest tutaj moja specjalność zawodowa. No, puść!

Cień gałęzi pobliskiego drzewa zwinął się w potężną pięść i z łoskotem wyrżnął w bok pudła.

- Dajcie spać, do cholery! - warknął z zewsząd posępny głos.- W tej krainie nie należy przywiązywać wagi do nazw. Uwierzcie, jestem Farel i nieraz się na tym sparzyłem.

Ściany kontenera rozjarzyły się błękitnawo. Przerażony kocur miauknął i czmychnął poszukać spokojniejszego podwórka.

 

 

 

PIERWSZE NA ŚWIECIE

Legenda o powstaniu kilku praktycznych przedmiotów.

 

Wszystko o czym opowiem wydarzyło się bardzo dawno temu. Nie pamiętają tego nawet najstarsi górale - chociaż najstarsi górale pamiętają prawie wszystko.

W pieczarze nad brzegiem jeziora zamieszkała para młodych ludzi. Ona zwała się A-gha, co oznacza ogień, bo jak nikt umiała ogień rozniecać. Jego zaś nazywano Wo-taa, czyli woda, co też było zrozumiałe, bo to i pływał znakomicie, i ryby łowił wspaniale.

Wo-taa był marzycielem. Godzinami przesiadywał nad jeziorem i wrzucał do wody kamyki, dziwując się pięknym kręgom które wówczas powstawały. Lubił też popatrywać na A-ghę, jak krząta się przy ognisku. Od tego popatrywania - choć nie tylko - A-gha często chodziła brzemienna. W ciągu niespełna trzech lat urodziła trójkę dorodnych synów. Ale na wyprawy nadal chodziła ze swoim mężczyzną. Długimi pasmami łyka przywiązywała wówczas dzieciaki do drzewa, aby się zbytnio nie rozpełzły po okolicy. Wprawdzie po powrocie łyko zastawała okrutnie skręcone i splątane, ale nawet dla takiej rzeczy A-gha znalazła zastosowanie. Przyjrzała się jej uważnie, kilkakrotnie szarpnęła sprawdzając wytrzymałość a następnie przewiązała się tym w pasie. Wo-taa uśmiechnął się pogardliwie na widok takiego wynalazku. Nabrał do niego szacunku, kiedy chciał wieczorem zerwać jak zwykle odzież z A-ghi. Dobrze że mu pomogła, rozwiązując pierwszy sznur pełniący rolę pierwszego paska. Nazajutrz tym sznurem związała z jednej strony swoją odzież, tworząc pierwszy w dziejach ludzkości wór – wynalazek, który znakomicie ułatwił transport ryb do pieczary.

Wieczorem Wo-taa usiadł przy ognisku i ostrą krawędzią krzemienia zaczął z grubego płata kory rzeźbić to, co go tak fascynowało na wodzie. Na ziemię spadł pierwszy wiór.

Powstawało pierwsze na świecie koło.

 

 

KUBUŚ I DUCH

Nieznana przygoda Kubusia Puchatka

 

Pewnego Bardzo Późnego Wieczoru Kubuś Puchatek wiercił się niespokojnie na swoim łóżeczku, nie mogąc w żaden sposób usnąć. Może dlatego, że liczył garnuszki z miodem, zamiast baranów, wzdychając Smutno i Żałośnie.

- Niewiadomokto wyjadł mi miód z dwóch garnuszków i nawet je wylizał. Pewnie był to Prosiaczek. Ale w takim razie Prosiaczek jest Okropnie Wielką Świnią! - mruknął Kubuś,

- Hej! - rozległ się jakiś głos, tuż nad posłaniem Puchatka.

- Ciekawe, powiedziałem hej, wcale nie hejając. - pomyślał miś i na wszelki wypadek otworzył ostrożnie jedno oko.

Tuż nad sobą zobaczył w księżycowej poświacie stary pled.

- Jej, ja latam - Jestem nad pledem! Już mi nie będzie się wymądrzać Sowa Przemądrzała!

- To ja jestem nad tobą, a nie odwrotnie. - pled poruszył się lekko. -Zabraniam ci brzydko mówić o Twoim Braciszku, Mój Synu!

- Prosiaczek to Prosiaczek, a Miś to Miś - powiedział Całkiem Przebudzony Puchatek. - A poza tym misie mają misiowatych ojców.

- Na ogół tak, ale ciebie zrobiono kiedyś ze mnie, a więc jesteś moim synem. Porównaj swoje futerko ze mną. Jest identyczne. Przypomnij sobie Prosiaczka - czyż nie ma podobnego futerka? To jest Twój Braciszek. Nie mów o nim źle i nie myśl o nim brzydko. - Stary pled zafalował lekko i zaczął się robić Coraz Cieńszy i Coraz Bardziej Przejrzysty, aż w końcu rozpłynął się w powietrzu.

Ale tego Kubuś już nie widział. Spał, cicho pomrukując przez sen.

 

 

LUBIĘ

 

Lubię twój uśmiech nieśmiały  

I oczy, co takie radosne.          

Ja tylko kwiaty ci dałem,          

A ty dajesz mi za nie wiosnę.   

 

Lubię, gdy pytasz nieśmiało,    

Co daru powodem, przyczyną.

I wiem, że prawdę znasz całą,

Lecz lubię gdy pytasz, dziewczyno.     

 

 

NIBY

              

Sztuczna skóra na fotelach      

Stolik z imitacji drewna

Na stoliku się rozściela

Sztuczny kolorowy jedwab       

 

Ścianę zdobi nibykomin

Nibymarmur niby głazy

Nibyogień na nim płonie           

Nastrój

klimat nibymarzeń        

 

Sztuczna kawa jak prawdziwa

Aromatem kawy wije    

Dywan niemal trawa żywa       

Sztuczne deski podłóg kryje

 

Krzywe cienie luster krzywych -           

Nibyłzy ocieram z powiek         

Nibymyślę nibyżyję       

Nibycień i nibyczłowiek

 

 

 

TĘSKNOTA

 

już tydzień czekam

pochmurny każdy dzień

dlaczego zwlekasz

tęsknienia rozwiej cień

wystarczą słowa dwa

(telefon przecież masz)

wystarczy gdy

powiesz mi po prostu

- czekam

przyjdź

 

zawołaj -

wrócę z najdalszych nawet stron

podróżny płaszcz zrzucę

na jeden gest twoich rąk

nie milcz tak cały czas

ta gra zbyt długo trwa

powrócę

gdy powiesz mi

to na co czekam

- przyjdź

 

 

ALICJI W KRAINIE CZARÓW

jak przejść

jak przejść ze świata koszmarów

przez taflę lustra

w krainę czarów

porzucić świat

gdzie garstką srebrników

zamienić można ludzi w ludzików

świat

w którym trwogę niesie dźwięk dzwonów

gdzie mierny pismak uczy bon tonu

gdzie talent wielki

(no zobacz sama)

musi mieć coś z tęgiego chama

 

jak się wynurzyć z lepkiego cienia

zapomnieć gorycz upokorzenia

uśmiechem ulgę przynieść ustom

 

gdzie jest to lustro!

 

A jeśli wkrótce już się przekonasz

że właśnie tutaj jest Druga Strona

że tutaj jest ta czarów kraina

jeśli to losu kaprys

żart

kpina

jeśli przez taflę szkła popękaną

nie przejdziesz już

bo tu przypisaną

jesteś

do świata iluzji taniej

 

jeśli Alicjo tutaj zostaniesz

 

Alicji W.

 

ZBIERAŁEM TĘCZE

 

Brodziłem wśród okruchów nieba

i zbierałem tęcze

rozpinane na wilgotnych mikrokosmosach

Dzieliłem się nimi jak chlebem

 

Upływały miesiące

i lata

Coraz częściej powracałem

Bez zdobyczy

Ale los uśmiechnął się znowu

i wróciłem do domu

niosąc okaz jakiego nie miałem -

najpiękniejszy

 

Trzymam teraz wstążki

więdnących barw

na drżącej dłoni

 

wyciągniętej

w pustkę

 

 

POCHÓD

(Piosenka o Prometeuszach)

Idą - idą Prometeusze                          

Zapalają ognisk tysiące                                     

Tysiąc ognisk to tysiąc wzruszeń                                

Tysiąc wzruszeń to jedno słońce                                   

 

Jedni płomyk nadziei niecą

By nie trawić życia daremno

Inni z lampką oświaty lecą -

Ciemnogrodów rozpraszać ciemność

 

Idą miana herosów godni                     

Znów Mehr Licht!” woła Wielki Staruch                     

Więc tysiące niosą pochodni               

Od Weimaru… i do Weimaru               

 

Idą, idą Prometeusze                                         

A za nimi - to mógłbym przysiąc -                    

Niosąc mrocznych tysiące wzruszeń               

Piromanów podąża tysiąc                    

 

Idą - idą zbawić ocalić              

Ale prawdy nie da się zmienić:              

Ten kto świateł tysiąc zapali                  

Ten ożywi tysiące cieni

 

JAKIE BĘDZIESZ

Jakie będziesz za rok

za pięć – za dziesięć lat

 

Nie wiem

Może rozległe ulice i wieżowce co krok

szkło i metal

kształty wyśnione poezją

nauk wszelakich

Może zawsze nad tobą skarabeusz–słońce

i wieczna wiosna

 

A może po prostu

zwykłe miasto -

powiedzmy sto tysięcy mieszkańców

Duże witryny dużych sklepów

i dużo dzieci

radośnie uśmiechniętych

Nie wiem

 

Wiem

że zatrzymam cię w sobie takie

jakie jesteś teraz

młode moją młodością i nią radosne

Zatrzymam ulice

mgłą obmywane ze snu

i cień Bramy Krakowskiej

na tle nieba o barwie oczu ukochanej

I wysmukłą Nike

witającą uniesionymi ramionami

gdy biegłem niecierpliwy

na spotkanie

 

 

***

Mówisz że jestem po

dzielony

na mięśnie i tkanki

komórki i atomy

że nawet świadomość mam

i pod

i nad

 

Pustynię w ziarenku piasku

ocean w kropli

trudno zrozumieć i pokochać

Nie kochasz podzielonych

 

Dlaczego wciąż dzielisz

 

TY TYM JESTEŚ

nie jesteś przyszłością -

ona jeszcze nie zaistniała

nie można być czymś co dopiero się stanie

 

nie jesteś teraźniejszością -

teraźniejszość właśnie się rodzi

 

jesteś przeszłością -

nanizanym na czas zbiorem faktów

szkatułką na minioną teraźniejszość

i tylko to jest w ciebie wpisane

podobnie jak starość

która siłą rzeczy jest tym samym

nie bój się śmierci - bo nie należy bać się starości

nie bój się starości - bo ona jest przeszłością

nie bój się przeszłości - bo ty nią jesteś

tat twam asi

 

naszyjnik twój jest krótki jeszcze

więc nie zamieniaj go na różaniec

szkatułka ma ledwie przykryte dno

więc nie bój się podmuchu opadającego wieka

dbaj

aby przestrzeń szkatuły wypełniła się po brzegi

chcianymi wspomnieniami

 

masz na to wpływ -

bo ty tym jesteś

 

 

BUMERANG

Nad Australią wzeszło słońce -

Dawno, bo przed lat tysiącem,

Albo trzema tysiącami - kto to zgadnie?!

Słońce już świeciło chwilę

Gdy z barłogu zlazł tambylec,

Wyszedł z jamy, mruknął: Kurczę, jak tu ładnie!

 

Po czym mruknął znów jegomość:

O cholera mam świadomość!

Wiem kim jestem - czy to dobrze, czas pokaże.

Dookoła wszystko moje -

Skrob, dziobaki ... i sekwoje?

Pójdę, sprawdzę czego jestem gospodarzem.

 

Zabrał swoją wierną dzidę,

Wrzasnął żonie: Stara, idę!

I wyruszył z Brisbane albo Adelajdy.

Przez pięć lat był w tej podróży.

Ale czas mu się nie dłużył -

Tutaj strusie, tam kangury, ... same frajdy!

 

Wrócił nieco przykurzony,

Przy ognisku rzekł do żony :

Dużo tego, trudno będzie się połapać.

Ale nic to, wiem co zrobię,

Mapę z drewna wnet wyskrobię;

Z mapą łatwiej trafi wszędzie nawet gapa.

 

Tylko... Jak się wzbić nad chmury,

By na wszystko spojrzeć z góry?

Może mam na Szczyt Kościuszki wyleźć, kotku?

Oj nie! - góra Mac Donnella

lepsza będzie, niższa wiela

Ale za to stoi prawie że pośrodku.

 

Kawał drewna znalazł w lesie,

Wlazł na górę, jak wieść niesie,

Ale mapę zrobił raczej niedokładną.

Cisnął więc ją precz, za siebie:

Niech się w piasek gdzie zagrzebie!

Zrobię nową, lepszą, mniejszą, no i ładną.

 

I tu się zaczęła chryja -

Co wyrzucił mapę z kija,

To wracała w łeb go waląc, aż klął slangiem.

Rzut - i badyl był z powrotem,

Martwy zwierz słał się pokotem, ...

 

Tak to było z pierwszym w świecie bumerangiem.

 

 

UTKANE Z ŻALU I TĘSKNOTY

 

Płatki śniegu wirując przenikały przeze mnie, nie topniejąc, a jedynie spowalniając swój lot w kierunku ziemi. Nie czułem już bólu. Przezwyciężając senność wszystkie myśli zredukowałem do tej jednej, jedynej, najważniejszej: istnieć, żyć, przetrwać! I tylko to się we mnie kołatało.

Ból budził się powoli. Powracał razem ze mną. Narastał w miarę, jak precyzował się obraz moich dłoni, a śnieg przestawał przenikać przez moje ciało. Podniosłem się z kolan.

 

Pewnej nocy przyśniło mi się, że budzi mnie. Uniosłem się na łokciu - może nawet usiadłem - a on przysiadł obok, na pufie. Wyglądał tak, jak zwykle za życia: w czarnych spodniach, czarnym golfie, z mocno opaloną twarzą. Długo tłumaczył mi różne sprawy, wyjaśniał, uspokajał. Często spoglądał w okno, jakby na coś czekał. Tak to wtedy odbierałem, ale dzisiaj powiedziałbym, że chciał określić porę, że miał określony czas na wyjaśnienie mi wielu spraw i bardzo chciał zdążyć. Dużo gestykulował. Wiedziałem, że śnię, że muszę wszystko zapamiętać, bo to ważne. Niestety, po przebudzeniu pamiętałem tylko, że śnił mi się, a z bardzo długiego jego wywodu zapamiętałem, że mam się niczym nie przejmować, nie mam rozpaczać, bo wszystko jest przewidziane, przemyślane, że wszystko jest w porządku, że inaczej się nie dało... Co było przemyślane? Co jest w porządku? Żadnych konkretów, żadnych faktów. Podejrzewam, że owe wyjaśnienia są gdzieś we mnie, tkwią w zakamarkach podświadomości, bo zniknęły te cholerne wibracje. Przestałem się rozsypywać, choć żal, ból i tęsknota pozostały.

                                                                                                                             

Jakiejś grudniowej niedzieli musiałem przewieźć dzieci z jednej ze szkół do podmiejskiej wioski. To było zaledwie osiem kilometrów w jedną stronę, ale tak się złożyło, że byłem umówiony o tej samej porze w drukarni. Wydumałem więc sobie, że pojadę do drukarni w czasie występu dzieci, załatwię co należy i zdążę wrócić po nie na czas. Wyszedłem z domu, ale zaraz wróciłem, polazłem do piwnicy i wygrzebałem spod półek saperkę. Nie wiem po co, bo nigdy nie woziłem ze sobą tego żelastwa.

Jechało się parszywie. Puste ulice wchłaniały każdy odgłos, a wszystkie szczegóły otoczenia zacierała matowoszara warstwa śniegu. Za rogatkami miasta też nie było lepiej - jak w sennym majaku zniknęły nawet granice między niebem a ziemią. Zaledwie kilka samochodów przejechało przede mną i zrobiła się niezła ślizgawka, jechałem więc z prędkością 25-30 km na godzinę. Dostarczyłem dzieciaki na miejsce przeznaczenia bez problemów - i wracałem do miasta. Mijałem właśnie cmentarz i znajdujący się tuż za nim lasek, kiedy samochód wpadł w poślizg. Najpierw posuwałem się środkiem jezdni „bokiem do przodu”, później samochód ustawił się tyłem do kierunku jazdy i zaczął się zsuwać do dość głębokiego rowu. Przechyliło mnie w prawo, saperka wirując wyleciała spod siedzenia i z trzaskiem wyrżnęła w tył prawej burty, urwał się głośnik i poleciał w ślad za saperką, a ja nie mogłem niczemu zapobiec. Próbowałem znaleźć sobie jakieś oparcie, ale wiedziałem, że jeżeli będę dachował, to niewielkie mam szanse na wyjście z tego bez szwanku, bo blacharka jest nieźle skorodowana - więcej w niej szpachli i silikonu niż stali. Przemknęło mi też przez głowę, że pewnie spotkam się zaraz z synem i nawet daleka droga mnie nie czeka, bo cmentarz pod bokiem. I wtedy stało się coś dziwnego - samochód przyśpieszył, jakby wykonywał długi skok, prawe koło uderzyło z potwornym hukiem w górkę piasku zamarzniętego na skałę. Jedyną taką górkę na przestrzeni kilkuset metrów. Targnęło samochodem i obróciło nim o 90 stopni, ustawiając prostopadle do rowu. Silnik zgasł. W głowie mi szumiało. Wywlokłem się z kabiny. Samochód stał przodem do boku jezdni, wspierając się prawym kołem o kopczyk, tyłem przerzucony przez rów, na pole, między jakieś popaprane bruzdy. Przez godzinę waliłem saperką w zamarznięte pole i niwelowałem teren. Udało się - wyjechałem bez wzywania pomocy. Wróciłem po dzieci. Przez cały czas nie pojawił się żaden pojazd, żaden człowiek - długo musiałbym sobie poleżeć, czekając na ewentualną pomoc.

Co mnie uratowało, tego nie wiem. Może przypadek, może moje 28-letnie doświadczenie kierowcy, może mój niezawodny duch opiekuńczy, a może interwencja syna. Jestem realistą, ale najmilsza, najbliższa sercu wydaje mi się ostatnia wersja.

                                                                                                                           

Dwa sny są wciąż ciepłe, jak poduszka rankiem - chociaż pochodzą sprzed wielu, wielu nocy. Bardzo krótkie, za to bardzo plastyczne i bardzo szczegółowe.

Chodzę często na cmentarz „pogadać sobie”. Zastanawiałem się kiedyś, czy to ma jakiś głębszy, bardziej znaczący sens, oprócz tego oczywistego dla mnie. Może wierzę w to, że są mu te moje wizyty potrzebne, bo w rzeczywistości są one potrzebne mnie? A może przychodzę, chcąc mu dać wsparcie, a on tam gdzieś błąka się w mrokach bezkresu i bezczasu... Może to wszystko nie ma najmniejszego sensu? - pomyślałem z przerażeniem. I tej nocy miałem sen - pierwszy, który zapamiętałem od czasu tamtego z tłumaczącym Mirkiem. Śniło mi się, że szedłem długim i mrocznym korytarzem. Przede mną były duże, oszklone drzwi dwuskrzydłowe. Tuż za sobą z prawej strony słyszałem męski głos - stanowczy, spokojny, trochę twardy i jakby „metaliczny”. Wiedziałem, że jest to głos gospodarza, który uspokajał mnie, że wszystko jest w porządku, że sam zaraz zobaczę i sprawdzę, że mój syn czeka na zabieg. Trochę się zaniepokoiłem. Usłyszałem wtedy, że będzie poddany jakiemuś zabiegowi i że do tego zabiegu coś należy jeszcze przygotować - no, jakby chodziło o reanimację. Otworzyłem drzwi i znalazłem się w długiej, mrocznej i prawie pustej sali. Powiodłem wzrokiem po podłodze wyłożonej kafelkami i po ścianach wykafelkowanych aż po sufit. Po prawej stronie były wysokie, matowe okna, za którymi przesuwały się jakieś cienie. Cienie pochodziły zapewne od gałęzi drzew, bo w pewnym momencie mignęła mi zamazanym refleksem zielona gałązka. Błękitne, szare i białe refleksy kładły się również na ścianie naprzeciw mnie. Po lewej stronie pomieszczenia stała duża skrzynia. Podszedłem do niej - sięgała mi do piersi. Wiedziałem, że jest to lodówka. Uniosłem grube wieko, zawirował kłąb oszronionej pary.

Leżał na dnie, na takiej czarnej tafli szkła. Ubrany był tak, jak w czasie pochówku. Przykucnąłem i spojrzałem na jego czarne buty. Pomyślałem: tak, to on, to są jego buty. Wtedy ten głos za mną zachęcił mnie, żebym sprawdził dokładniej. Nachyliłem się i spojrzałem z boku na twarz syna. Leżał spokojny, z chłodną twarzą, bez bandaży. Wyprostowałem się i już chciałem zamknąć wieko, kiedy dotarło do mnie, że wewnątrz skrzyni jest światło. Przyjrzałem się uważniej - wszystkie wewnętrzne ścianki były wykonane z białego matowego szkła i były podświetlane z drugiej strony, z tyłu. Zamykałem wieko wiedząc, że nie spoczywa w mrokach. Wieko skrzyni opadło, a ja się w tym momencie obudziłem. Czas trwania zdarzenia - około półtorej minuty. Pomimo mroczności i pewnej posępności był to sen kolorowy. Czy miał mnie on uspokoić?                                 

Oczywiście umiem go sobie zinterpretować, ale jest tak oczywisty w swojej symbolice, że zrobi to każdy. Pojawiło się natomiast szereg następnych wątpliwości, bo co było animatorem mojego śnienia? Może zmęczona podświadomość sięgnęła do szuflad z tym, com się naczytał tu i ówdzie? A jeśli tak, to jaką może mieć dla mnie wartość coś, co jest chciejstwem jedynie?

Pogadałem sobie o tym śnie nad grobem, konkludując, że jestem widać taki czubek, co to musiałby mieć jakieś bardziej oczywiste dowody na to, czy tamto. No, żebym wiedział, a nie kombinował. Trochę się nawet przestraszyłem tej swojej konkluzji, bo nie po to zabiegam o spokój czyjejś duszy, żeby niepokoić jakimiś szczegółami! Albo ufam i wierzę - albo nie! I kropka.

Miałem sen o tym - i to już następnej nocy. Podchodziłem do jakiejś barierki w tym moim śnie. Przed sobą widziałem czarną otchłań, w której kotłowały się opary, mgławice. Znajdowałem się na szczycie bardzo wysokiej wieży, albo w pomieszczeniu zawieszonym w przestrzeni. Spojrzałem w dół, ale tam pode mną nie było niczego - ściślej: była tam taka sama otchłań jak przede mną. Tu i ówdzie zapalały się w niej na ułamki sekund czerwone lub pomarańczowe światełka. Z różnych stron dobiegały nawoływania, a ja nie rozumiałem słów, potrafiłem tylko określić głosy męskie, kobiece, dziecięce. Czułem w nich przestrach, zagubienie, wołanie o pomoc. Chciałem zrozumieć słowa, chciałem usłyszeć wołanie syna. Wychyliłem się przez barierkę, natężając uwagę. I wtedy ktoś złapał mnie ręką w pasie i odciągnął od barierki. Usłyszałem głos zza mojego ramienia: Odsuń się i nie wychylaj! - Trochę się zbuntowałem i pytam dlaczego. - Przecież tam nie ma twojego syna, a one na to czekają. - usłyszałem w odpowiedzi.

- Na co?

- Na most, na możliwość przejścia, bo chcą wrócić na tę stronę. - I znowu czyjaś ręka złapała mnie stanowczo w pasie, odciągając do tyłu. Gwałtownie znalazłem się w swoim pokoju, na swoim posłaniu, w swojej rzeczywistości.

Myślę, że to był sen ostrzegawczy - bardzo realny, bardzo plastyczny, zapewne trwający niewiele ponad minutę, ale zawierający całą mnogość szczegółów. I mimo oszczędności w barwach, był to również kolorowy sen.

Od tej pory - a minęło już kilkanaście miesięcy - nie miałem snów równie wyrazistych. Czasami, chociaż rzadko, czuję w pobliżu obecność Mirka. Wiem też, że odwiedzał mnie kilkakrotnie w snach, przynosząc w chwilach dla mnie bardzo trudnych okruchy pocieszenia.

Tylko to wiem. I to musi mi wystarczyć.

 

Zrobiło się jakby ciemniej i zimniej. Ściany napierają nieprzyjaźnie w mroku, a przestrzeń zatraca swoją trójwymiarowość. Pozaświecałem więc wszystkie lampy, lampki i kinkiety w pokoju. Sięgnąłem za szafę po gitarę i usiadłem z podwiniętymi nogami na środku pokoju. Zadrżały zmatowiałe struny... Znałem kiedyś balladę, której słowa znakomicie przystają do mojej opowieści.

Ile w mym świecie prawdy, a ile wyśnienia?

Co wymarzyłem złudnie, gdzie dotykam sedna?

Może jestem wytworem sennego marzenia?

Czy kilka prawd jest - czy ta prawda jedna?

 

Sufit pochylił się w zasłuchaniu. Mój chropawy głos i głuchy dźwięk gitary z trudem wypełniają przestrzeń mojego świata.

 

 

 

ILE W MYM ŚWIECIE PRAWDY

 

Mokry i lepki od potu opuściłem ręce i uspokoiłem oddech. Trochę więcej kłopotu sprawiało roztętnione serce — no cóż, czterdziestoletni facet powinien pamiętać, że nie jest już młodzieniaszkiem. Niestety.

Przyjmując pozycję za-zen obracałem w myślach cytat z Tao-te-king (a może to jest z Daodejing?) - Prawdziwy wojownik nie bywa gniewny.

Dobra!... Nikt mi nie musi przypominać, że w karate nie stosu­je się mantry. Jest jednak różnica między słowami bez semanty­cznego znaczenia, a wcale niegłupią myślą sprzed dwóch tysięcy lat. Bagatela. Tyle czasu upłynęło, a ja jeszcze dzisiaj muszę się o tym usilnie przekonywać. I nie tylko ja sam.

Spójrzcie na tych. bubków pyszniących się swą siłą, za cel biorących rozbicie dłonią bloku z gliny czy lodu. A przecież takie wyczyny miały być tylko sprawdzianem. Sprawdzianem, nie celem. Dla wielu z was zobaczenie takiego bubka nie powinno sprawić żadnej trudności. Ot, wystarczy podejść do lustra. Os­tatecznie może być jakaś mniej zakurzona szyba wystawowa. Uwierzcie mi, bo znam się na tym. Sam byłem takim bubkiem z ciężką dłonią i płaską wyobraźnią. I byłbym nim może do dzisiaj, gdy by nie celny cios partnera na macie. Pewnie jest to jedyny przypadek w medycynie, w którym wstrząs mózgu wyszedł komuś na dobre.

Jestem pacyfistą, nienawidzę przemocy i bicia, skąd więc to karate? A stąd, że uprawianie tej sztuki kształtuje wolę i cia­ło ale wymaga bardzo dużo wysiłku, co bez wątpienia znacznie temperuje wszelkie wybuchy „samorodnej” agresji. Brzmi to bardzo poważnie, dlatego w sekrecie dodam, że in­teresuje mnie szczególnie ten zwrot dotyczący woli i ciała - wycierając się włochatym ręcznikiem spoglądam z niechęcią na swoje sto dziesięć kilogramów skoncentrowane w stu siedemdziesięciu sześciu centymetrach. Wciągam wtedy brzuch a ściślej mówiąc usiłuję to uczynić, ale w żaden sposób nie potrafię. Trudno. Miał Cyrano de Bergerac swój nos, mogę ja mieć swój brzuch. Równie niedorzeczny.

Z kuchni dobiegł głos czajnika. Wyszedłem z łazienki i zalałem przygotowaną porcję kawy. Zapalając papierosa zapa­dłem w fotel. Przez dłuższą chwilę obserwowałem błękitną wstążeczką dymu. Wokół żyrandola tańczyły smętnie dwie muchy. Brzęczenie tym bardziej stawało się natarczywe, im bardziej starałem się je nie słyszeć. Zgarnąłem ze stolika kilka gazet, ale cholerne paskudztwo wyczuło w jakiś sposób mój i nastrój brzęczało na mnie z ukrycia. Pal diabli - może to i lepiej.

Przerzuciłem kilka stron czasopisma. Barwne ilustracje kłuły wzrok. Szczególnie ta na stronie tytułowej. Uśmiechnię­ty, ubrany w generalski mundur mężczyzna trzymał w ramionach trzy, może czteroletnie dziecko. Maluch spoglądał w niebo i po­wiewał chorągiewką z napisem „Pokój". Nie wiem jak wy, ale mnie takie widoczki doprowadzają da mdłości. Przecież jest to jawne naciąganie na nowe wydatki militarne. Jest to próba usprawiedliwienia istnienia śmiercio­nośnych sił.

Powiecie mi, że nie?... Że autorowi zdjęcia naprawdę chodziło o pokój? Pozwolę sobie mieć własne zdanie na ten temat. Czyż nie byłoby właściwiej, gdyby dziecko było trzymane w spra­cowanych dłoniach matki?... Matki o zatroskanej twarzy. A w tle zamiast czeredy roześmianych dzieciaków powinien się znajdo­wać znany nam „grzyb”. Tfy, do diabła!

Zmięty kłąb papieru potoczył się po podłodze, migając napisem. Oprzytomniałem i spojrzałem na zegarek. Już od dwudziestu minut powinienem się znajdować w umówionym miej­scu.

II

W kawiarni było tłoczno i mroczno. W powietrzu czaił się kwaśny zaduch. I może dlatego omal jej nie przegapiłem, gdy tymczasem siedziała przy stoliku, za filarkiem podtrzymującym strop. Z głowy pochylonej nad filiżanką kawy spływały brązowe włosy kryjąc twarz. Drgnęła kiedy delikatnie dotknąłem jej dłoni. Nie rozmawialiśmy. Nie było ani potrzeby, ani warunków. Przynajmniej dla mnie - nie potrafię prowadzić rozmów prze­krzykując gwar dobiegający od sąsiednich stolików. A poza tym, pomimo swoich czterdziestu lat, udało mi się zachować trochę wstydliwości i szczytem zuchwalstwa było już to, że pod stolikiem trzymałem ją za rękę. Gdyby tu nie chodziło o mnie, pewnie sam bym się uśmiał.

Zapłaciłem za jej kawę i wyszliśmy. Odprowadzał nas kpią­cy wzrok dwóch alfonsiaków siedzących przy sąsiednim stoliku.

Chodziliśmy trzymając się za ręce. Mówiłem, mówiłem, mówiłem, a najchętniej przygarnąłbym ją do siebie i zamknął swoje usta jej ustami. Jednak wbrew pozorom sprawa nie była taka prosta. Nie, nie jestem kaleką. Rzecz jednak w tym, że niezbyt szczęśliwie umieściłem swoje uczucia. Ona ma męża, dwoje dzie­ci, ma też zdumiewająco wiele wiary w lepszą przyszłość. A i pokory wobec losu ma zasób niewąski. Bez tego nie wysie­działaby dziesięć lat z facetem, który wódą zasuszył sobie mózg na pamiątką i w żaden sposób nie może go teraz odnaleźć.

Tak się zapaliłem do udzielania pomocy, że sam jej teraz potrzebuję — ani mi niszczyć jej wiary w to, że kiedyś będzie lepiej, ani wykorzystywać sytuację. Trudno być tylko (i wyłącz­nie) przyjacielem kogoś, kto ma duże i ciemne oczy, smukłą syl­wetką,…

Aby nie kusić licha odprowadziłem ją do domu, a sam wróciłem do kawiarni. Chciałem wypić dwie wódki. Chciałem też pogadać z tymi alfonsiakami o ironicznych ustach.

Alfonsiaków nie było. Wódka była.

III

Drobne krople deszczu przyjemnie chłodziły twarz. Wiatr kołysał gałęziami drzew, a mokre liście polśniewały odbitym światłem pobliskiej latarni. Mijając budkę z piwem musiałem stąpnąć w niezłą kałużę, bo część tej kałuży poniosłem dalej w bucie. Postawiłem kołnierz kurtki i wcisnąłem w kieszenie zmarznięte dłonie. Od chwili kiedy minąłem budkę zacząłem odnosić nieprzyjemne wrażenie, że jestem obserwowany. Odczucie to przybierało na sile. Nie wiem co było przyczyną, że wykonałem nagły skok w prawo z jednoczesnym obrotem w tył. Nad miejscem, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się moja głowa przele­ciało coś ciemnego. Głuchy odgłos za plecami świadczył, że to coś miało wagę odpowiednią do tego, aby rozciągnąć na ziemi gościa o głowie znacznie twardszej niż moja.

W moją stroną powoli, z pewną dozą nonszalancji, szło dwóch facetów. Stałem z dłońmi w kieszeniach i czekałem. Zatrzymali się jednocześnie o dwa kroki ode mnie, obaj ubrani w wytarte spodnie blue jeans i wypłowiałe bluzy polowych mundurów żoł­nierskich. Ten po mojej prawej stronie był wysoki, szczupły, długowłosy. Przyglądał mi się z wysokości dwóch metrów. Jego kolega był mojego wzrostu, ale budowy mógłby mu pozazdrościć niejeden gladiator. Uśmiechał się spod krótko przystrzyżonej szczeciny i wycierał prawą rękę o spodnie. Najpewniej wybrudził ją o coś, czym we mnie rzucił.

- Jesteś mi winien kupę szmalu, dziadek. Założyłem się o pięć okrągłych, że trafię cię na dwudziestu metrach. Po co odskoczy­łeś?

Powoli wyciągnąłem dłonie z kieszeni. - Jeżeli w czymś przeszkodziłem, to przepraszam – skłoniłem się dwornie - ale teraz pa! Mam mało czasu.

- Słyszysz? Dziadek przeprasza. - Szczeciniasty spojrzał na Długowłosego.

- Nie ględź, tylko bierz forsę! — zaskrzypiało z góry.

Byłem spokojny, moje ręce bez udziału świadomości znala­zły się tam gdzie należy, w pozycji hikite. Do płuc też nie miałem zastrzeżeń.

- No, dawaj forsę i wiej, bo doliczymy za zwłokę.

Podejrzewam, że jakiekolwiek tłumaczenia byłyby niepotrzebną stratą czasu.

- Trudno. Bierzcie sami.

Jeszcze nie skończyłem swojej kwestii, kiedy nadleciała pięść Szczeciniastego. Kant mojej lewej dłoni trafił w przedramię, do którego owa pięść była uczepiona. Odniosłem wrażenie, że zamiast przedramienia Szczeciniasty miał w rękawie kawałek kaloryfera. Nie miałem jednak czasu zastanawiać się nad tym - mój prawy łokieć trafiał właśnie w kwadratową szczękę mojego rozmówcy. W chwilę później głuche stęknięcie dało mi znać, że obcas mojego przemoczonego buta dotarł w okolice nerki Szczeciniastego. Efekt tej całej operacji tył taki, że znala­złem się frontem do Długowłosego. I to w samą porą. Zbicie nogi lewą ręką i cios prawą pięścią w miejsce skąd owa noga brała początek zwinął Długowłosego w pół.

Moje dłonie wróciły na wysokość bioder niepotrzebnie. Szczeciniasty leżał na boku, a Długowłosy klęczał postękując. Stałem chwilę i masowałem lewą dłoń.

- Zobacz, Długi, co z twoim kolesiem! - powiedziałem dotykając ramienia Długowłosego. - Tylko szybciej!

Podniósł się niezgrabnie, zrobił dwa kroki w stroną le­żącego i zawahał się.

- Ja cię pierdolę! Jak się nachylę, to mnie załatwisz na medal.

- Zapominasz, że to nie ja na was napadłem. Przemyśl to sobie, jeżeli masz czym.

Odwróciłem się plecami do napastników i odszedłem. Po wypitym niedawno alkoholu pozostał niesmak w ustach. Gdzieś na dnie świadomości czaił się niepokój. Coś tu było nie tak. Szedłem do domu nie omijając kałuż i analizowałem przebieg zdarzenia.

W przedpokoju zrzuciłem mokre ubranie i rozwiesiłem na krzesłach. W lodówce nie znalazłem nic, na co miałbym specjalną ochotę. Zaparzyłem więc podwójną porcję kawy. Zapaliłem papie­rosa i śledząc smużkę dymu zatrzymałem wzrok na umieszczonej w kącie pokoju sunatawarze - przyrządzie, przy którym codzien­nie doskonaliłem techniką uderzeń.

Boże Wielki! Sunatawara!... Zakrztusiłem się gorącą kawą. Wiedziałem o tym, co miało się wydarzyć w parku. Ściślej mówiąc, wiedziało o tym moje ciało.

Nie wiem jak to wygląda u was, ale moje mięśnie same do­magają się wysiłku fizycznego. Odczuwam wtedy rodzaj swędzenia. Jeżeli można to z czymś porównać, to chyba z uczuciem jakie ma się po nieumyciu zębów — oczywiście, o ile się te zęby często myje.

Codziennie przeznaczałem na trening dwie godziny. Ściśle określone zestawy ruchów naśladujące obronę i kontratak noszą nazwę kata. Tradycyjne kata nie zawsze uwalniają mnie od wspomnianego swędzenia - ciało domaga się dodatkowej porcji wysiłku. W takich przypadkach wymyślam sobie takie zestawy, takie kata, które przenoszą ulgę. Od kilku tygodni kończyłem trening następującym zestawem: lewą dłonią blokada, cios prawym łokciem, uderzenie lewą piętą, blokada lewą dłonią, cios prawą. W takiej właśnie kolejności. Tylko skąd, u licha, wiedziałem w jaki sposób będę atakowany?

IV

Przy słupku z rozkładem jazdy autobusów stało dwóch starszych męż­czyzn i młoda, może dwudziestokilkuletnia zakonnica. Przypalając papierosa zrobiłem kilka kroków w ich stronę. Zastanawia­łem się nad tym, jaka może być przyczyna skłaniająca młodą dziewczynę do wyboru życia pełnego wyrzeczeń i umartwień. Spostrzegła mój wzrok i odwróciła twarz. Jeszcze krok, dwa, trzy kroki… Dobiegły mnie słowa jednego z mężczyzn.

- Tak, Nostradamus przepowiedział również pojawienie się Napoleona i czas jego panowania. I wojnę francusko-pruską, i komunę paryską…

- Był Francuzem? - drugi z mężczyzn przestał grzebać laską w piasku.

- Chyba tak. Przepowiedział podobno trzecią wojnę, która ma trwać trzy lata i siedem miesięcy.

- Koniec świata!

- Nie, końca świata nie przepowiedział… Ludy azjatyckie zaleją Europę, zburzą Rzym. Same klęski… Tak ma trwać dwadzieścia siedem lat. Po tym wszystkim nastąpi ład, nowy porządek.

Nie wstrzymałem.

- Przepraszam, że się wtrącam. Ten ład i porządek, to dla kogo?

- Nie musi pan przepraszać, młody człowieku. Ład i porządek to dla ludzi, oczywiście.

- Dla jakich ludzi? Po dwudziestu siedmiu latach tych wszystkich okropności będą na Ziemi jeszcze jacyś ludzie?... Przy technice gwarantującej rozsypkę całej planety już po kilku minutach starań?

Przez chwilę obaj starcy spoglądali na mnie w milczeniu.

- Niech pan nie krzyczy. Wojny były, są i będą. - mruknął właściciel laski.

No, w jednym mieli rację - nie powinienem się zacietrzewiać. Swoimi wywodami zwróciłem uwagę zakonnicy. W jej oczach wyczytałem ciekawość. Ciekawość i chyba oczekiwanie na ciąg dalszy. Akurat wtedy, kiedy przeszła mi ochota do dyskusji. Trzy pary oczu wpatrują się teraz we mnie. Chrząknąłem zmieszany.

- Przecież wojny muszą być - żylaste dłonie wsparły się na lasce. – Chociażby ze względu na postęp w nauce. To one są matką wiedzy. Czy to nie przyszło panu do głowy?

- Uważam, że dzieje się zupełnie inaczej – burknąłem. - Większość znakomitych wynalazków i odkryć badana jest przede wszystkim pod względem przydatności militarnej. Później trafia to do sejfów i spoczywa tam lata całe. Wojny dopiero ujawniają coś, z czego od dawna ludzkość powinna korzystać. Ja wiem - mogę was śmieszyć zacietrzewieniem, naciąganymi waszym zdaniem argumentami, ale ręce mi opadają, kiedy słucham tych czarnych wróżb, straszenia,… Nostradamus, Sybilla, Apokalipsa, astrolodzy różnej maści... Nawet literatura science-fiction! Wszyscy się uparli, żeby sobie nawzajem odbierać chęć do pracy i życia?

Nerwowo przetrząsnąłem kieszenie w poszukiwaniu papierosów. Są.

- Co to jest?... Apatia?... - zaciągnąłem się dymem - A może pokorę wobec nieszczęść nazywacie mądrością życiową?... A wy sami, pa­nowie? Przez trzy lata cierpieliście w obozach koncentracyjnych - cierpieliście razem, pomagaliście sobie i dzięki temu przeżyliście - czy wy też jesteście nośnikami zła?... Nie? No to może nie jest tak źle, może nie wszyscy chcą tego zła powszechnego? Skąd u was taka pokora i rezygnacja - nie rozumiem.

Cisza. Zza zakrętu wynurzał się autobus. Zapaliłem nowego papierosa i oparłem się o słupek. Nie pojadę teraz. Poczekam na następny. Poczułem na ramieniu dotknięcie. Uniosłem głowę. Błysnęły grube szkła okularów.

- Przepraszam… Starość nie radość - obaj z przyjacielem nie możemy pana przypomnieć sobie. Nie jest pan tutejszy - tutaj znamy wszystkich. Wie pan, mieszkamy tutaj od zakończenia wojny. Niech pan powie, skąd pan nas zna? Skąd pan wiedział o naszej przyjaźni, o trzech latach w obozach koncentracyjnych?

- Ależ ja nie wiedziałem. Powiedziałem to tak sobie,… na przykład.

Stary człowiek sapnął głośno i spojrzał na mnie z niechęcią. Nie uwierzył.

- Nieładnie tak, młody człowieku!

Odwrócił się, a ja nie miałem chęci do przekonywania. Podjechał autobus i drzwi się otworzyły z westchnieniem. Wsie­dli wszyscy.

Też bym chciał, aby ktoś mnie przekonał, że to, co mnie spotyka, to sprawa całkiem zwyczajna, normalna. Kto, do jasnej cholery, wyjaśni to wszystko? Oburzam się na takich różnych jasnowidzów, a tu okazuje się, że sam mam podobne inklinacje. Tylko, że ja się tego boję. Już przedtem zdarzało mi się widzieć rzeczy i słyszeć słowa, których znać nie powinienem, a znałem. Logika mówiła: nie możesz tego znać, bo... i tu sypały się argumenty żelazne. Ale logika swo­je, a świadomość - czy też podświadomość - swoje. Co się jednak stanie, kiedy pewnego dnia pojawi się pełna świadomość?

Żyję i pracują, żyję i cieszę się życiem. Czy będę tak pracował, czy będę tak się cieszył, jeśli tkwić będzie we mnie cierń świadomości czegoś nieuchronnego, nieodwracalnego? Walczę z wszelkim złem, które mnie napotyka. Czy tak będę walczył mając świadomość swojej nieuchronnej klęski?... Koniecznie muszę zająć się czymś weselszym. Koniecznie!

 

Obudziło mnie pragnienie. Z kranu w kuchni pociekła cuchnąca lura. Za to w lodówce znalazłem butelkę z resztką wody mineralnej. Wróciłem do pokoju i otworzyłem okno. Stałem przy nim przez chwilę, chłodząc rozpalone czoło. Na dworze było ciemno. Oświetlona tarcza ratuszowego zegara informowała, że jest godzina trzecia. Poczułem się nagle bardzo niedobrze, słabo. Ledwie zdążyłem do łazienki. Przez chwi­lę męczyły mnie torsje. Spuściłem wodę i cały roztrzęsiony usiadłem na muszli. Nie wiem jak długo tak siedziałem. Od be­tonowej posadzki ciągnęło chłodem. Chłód wsiąkał we mnie - najpierw czułem go w stopach, później było go po kolana, aż wreszcie ogarnął dłonie, łokcie... Moje ręce — spojrzałem na nie przytomniejszym wzrokiem i serce we mnie zamarło. To nie były moje ręce. Zniknęła gładkość, zniknął brąz opalenizny. Na bladej, pomarszczonej, zwię­dłej skórze, brązowe i białe plamy. I granatowosiny labirynt żył. Zerwałem się przerażony i jęknąłem z bólu, który zawirował w okolicy kręgosłupa i pod lewą łopatką. Zatoczyłem się i stałem chwilę ciężko dysząc, a mgła powoli schodziła z moich oczu. Spojrzałem do lustra. Twarz też nie była moja. Załzawione, głęboko wpadnięte oczy, obwisła skóra podbródka, łysina... Bez­wiednie uniosłem dłoń. Ta dłoń w lustrze miała tatuaż. Oder­wałem wzrok od szklanej tafli. Nie, to nie był tatuaż. Na grzbiecie lewej dłoni miałem bliznę w kształcie półksiężyca. Spoj­rzałem jeszcze raz w lustro i rzuciłem się. do ucieczki. Kuśtykałem przez długi przedpokój, a za mną wlókł się odgłos człapania bosych stóp i astmatyczny, charczący odgłos oddechu.

Drżącymi palcami odkręciłem kran w kuchni i wsunąłem głowę pod strumień wody. Nie wycierając się usiadłem na taborecie. Siedziałem tak długo.

Podniosłem się powoli. Z lękiem zajrzałem do lustra wiszącego w przedpokoju. Czarne włosy, opalona twarz tęgiego faceta… Moja twarz. Dłoń też była moja. Muszę koniecznie iść na urlop. Chociaż na jeden dzień. Ubrałem się i wychodząc z domu zabrałem wędkę. Z najbliższej budki telefonicznej zadzwoniłem do kierownika. Nikt nie odbierał. Ach, racja - za wcześnie! Wykręciłem numer domowy.

- Cześć, szefie. Nie budzę za wcześnie?

- Aaaaa, to ty!... Co chcesz ?

- Chciałem zaprosić na ryby.

- Lubię ryby. O której?

- Teraz, zaraz, nad rzeką. Nie będzie mnie dzisiaj w pracy…

- Nie wygłupiaj się! - przerwał mi wpół zdania - Musisz być. Jest kupa roboty.

- Jest, była i będzie. A ja mam urlop za rok ubiegły. Jeśli ci to nie wystarcza, to przelicz moje godziny nadliczbowe. Cześć!

Odłożyłem czym prędzej słuchawkę. Bałem się, że mnie przekona. Że zamiast na ryby…

Ech, szkoda gadać!

VI

Przyroda robi często bardzo głupie kawały. Siedziałem właśnie na dużym, obrosłym mchem kamieniu i spoglądałem bezmyślnie na czerwoną końcówkę spławika, kiedy z nieba sza­rego jak rzeka zaczęły opadać białe płatki. Czy ten śnieg to nie jest głupi kawał? A zresztą — może to i lepiej, że śnieg a nie deszcz. Jest przynajmniej szansa, że do domu wrócę suchy.

Postawiłem kołnierz kurtki. Br! Jakoś chłodno. Zwi­nąłem żyłkę, zdjąłem przypon i spławik. Już biegnąc zakładałem błystkę. Uporałem się z tym szybko. Biegłem teraz wydłużonym, równym krokiem. Sprawiał mi przyjemność ten bieg i wilgoć to­pniejącego na twarzy śniegu. Sprawiał mi przyjemność nawet ból w stawach stóp, spowodowany długim bezruchem. Zatrzymałem się zdyszany nad szerokim rozlewiskiem. Pierwszy rzut wykonałem niezbyt efektownie, ale miewałem gorsze. Nie liczyłem na żadne brania - był mi potrzebny tylko ruch. Pewnie dlatego przy szóstym już rzucie zaskoczyło mnie potężne szarpnięcie. Szczytówka wygięła się w łuk. Coś dużego miotało się na końcu żyłki i mimo moich starań oddalało się w górę rzeki. Metr po metrze. Za nic mając hamulec kołowrotka. Nawinąłem żyłkę na lewą rękę i wtedy w niepojęty spo­sób błystka wyprysnęła spod wody, uderzając w wysuniętą dłoń. Kotwiczka wpiła się w grzbiet dłoni. Zakląłem głośno i rzuciłem wędkę na ziemię, złapałem za szeroką blachę błystki i szarpnąłem. Pociemniało mi w oczach, zatoczyłem się. Odrzuciłem w bok metalowe paskudztwo i powoli uniosłem dłoń. Na grzbiecie dłoni rozsiadł się pulsujący bólem czerwony półksiężyc. Ciąg dalszy, czy też początek nocnego koszmaru?

Właściwie spodziewałem się czegoś podobnego, dlatego nie byłem zbyt przerażony – naprawdę przerazić miałem się dopiero za chwilę.

Kiedy tak przyglądałem się swojej pokancerowanej dłoni odniosłem wrażenie, że traci ona kontury, zamazuje się. Zacząłem dostrzegać przez nią drobne kamyki na brzegu rzeki. Przeniosłem wzrok na inne, okryte odzieżą detale mojego ciała. Rozpływałem się, rozmywałem, przestawałem istnieć. Wirujące białe płatki przenikały przeze mnie nie topniejąc a tylko spowalniając swój lot w kierunku ziemi. Nie czułem bólu walcząc z opanowującą mnie sennością. Wszystkie myśli tlące się we mnie zredukowałem do tej jednej, najważ­niejszej: Istnieć, żyć, przetrwać! I tylko to się we mnie kołatało.

Ból budził się powoli. Powracał razem ze mną. Narastał w miarę jak precyzował się obraz mojej dłoni. Śnieg przestał przenikać przez nią. Chwilę trwało zanim nagromadzona na pal­cach warstewka śniegu zaczęła topnieć.

Podniosłem się z kolan. Chusteczką do nosa owinąłem skaleczenie. Chwiejnym krokiem ruszyłem w strony miasta a za mną, na pia­sku rzecznym pozostała odrzucona wędka.

VII

Krople deszczu dzwoniły o blaszany parapet, wybijając monoton­ne tremolo. Widok za oknem nie upajał mnie, nie przysparzał optymizmu. Włączyłem telewizor, ale na większości. kanałów pooglądać można było tylko obraz kontrolny. Włączony radioodbiornik poczęsto­wał mnie serią trzasków, spowodowanych zapewne zakłóceniami atmosferycznymi. Też wyłączyłem. Zrobiło się jakby ciaśniej i zimniej. Pozapalałem w pokoju wszystkie światła i usia­dłem obok okna. Zraniona ręka pulsowała tępym bólem. Poprawiłem bandaż. Szorstki bandaż, twarda dłoń - a tam nad rzeką płatki śniegu przechodziły przez nią jak nóż przez masło.

Kto w to uwierzy? Może tylko matka wysłuchałaby mnie do końca i nie uznała później za wariata. Ale moja matka da­wno już przestała być moją powiernicą. Sięgnąłem za szafę po gitarę. Przesunąłem kapodaster na trzeci próg, kiedy dotarło do mnie, że na lewej ręce mam bandaż. Zdjąłem go niecierpli­wie, sykając z bólu. Usiadłem z gitarą na podłodze. Znałem kiedyś balladę, której słowa były bardzo adekwatne do moich ostatnich przeżyć.

Zda mi się nieraz gdy głazów dotykam,

Gdy o mury, o drzewa swoje ręce wspieram,

Że dłońmi, że palcami w twarde wnętrze wnikam

Jak w cień, który miejsca wniknięcia zaciera.

Gdy płatki śniegu zawirują biało

Miękko otulając szarość dookoła,

Zda się, że przenikają przeze mnie, przez ciało -

Nie umiem stawić ich twardości czoła.

Ile w mym świecie prawdy, a ile wyśnienia,

Co wymarzyłem złudnie, gdzie dotykam sedna?

Może jestem wytworem sennego marzenia…

Czy kilka prawd jest - czy ta prawda jedna?

Dzwonek nad drzwiami ledwie drgnął, jakoś tak krótko i cicho, że bardziej się go domyśliłem niż usłyszałem.

Stała przed progiem trzymając oburącz złożony parasol.

Losie mój! - ile to już czasu upłynęło od naszego ostat­niego spotkania w zadymionej kawiarni? Nigdy nie miałem od­wagi zaprosić jej do siebie. Przyszła pierwszy raz. Sama. Widziałem na jej twarzy niepewność i zmieszanie. Kosmyk mokrych wło­sów przykleił się do policzka, przykrywając spory siniak. Domyśliłem się, kto był jego autorem.

Była cała przemoczona, wokół stóp utworzyła się kałuża. W milczeniu wziąłem ją na ręce i wniosłem do mieszkania. W chwilę później trzaskałem drzwiczkami szafek. Wyjąłem duży, miękki i ciepły koc, dołożyłem ręcznik kąpielowy.

- Zdejmij z siebie te mokrości i wytrzyj się do sucha. Owiń się później w koc, a ja w międzyczasie zrobię herbatę! - powie­działem i wyszedłem do kuchni.

Wróciłem do pokoju niosąc cukier i herbatę. Stała boso obok fotela. Jedną ręką ściskała pod szyją zsuwający się koc, w drugiej trzymała zdjętą przed chwilą odzież. Wyniosłem ten mokry kłąb do łazienki i rozwiesiłem na sznurach suszarki. Z półeczki nad umywalką zabrałem grzebień.

- No, mała, pociągnij łyk gorącej herbacianej ambrozji i podejdź tutaj. Trzeba coś zrobić z twoimi włosami.

Delikatnie rozczesywałem długie, brązowe włosy. Przytrzy­mała moją dłoń i przyglądała się milcząco skaleczeniu. Powoli uniosła ją i przytuliła delikatnie do policzka. Podczas tego ruchu koc zsunął się z jej ramion na podłogę. Nie dała mi go podnieść - przylgnęła do mnie całym ciałem. Po raz drugi tego dnia niosłem ją na rękach.

Jej skóra miała zapach mleka.

Bardzo już późnym wieczorem zdarzyło się coś, co mi nie daje spokoju. Puszczałem swoje ulubione płyty. Płyta z balladami Cohena poszła na pierwszy ogień. Jest to płyta stara i bardzo już „wygrana”. Ostrożnie umieściłem na niej ramię gramofonu i wcisnąłem przycisk. Ebonitowy krążek zaczął wirować i wtedy usłyszałem bardzo cichą muzykę. Tylko kilka taktów. Tylko początek, bo za chwilą usłyszałem to samo jeszcze raz, ale już we właściwej skali nagłośnienia. Tak się działo przed każdym utworem - najpierw niewyraźnie kilka taktów, a później jeszcze raz to samo, tym razem głośno i z dalszym ciągiem. Sprawdzałem ten efekt kilkakrotnie. Za każdym razem to samo. Coś mi to przypomina, z jakiegoś powodu wydaje się takie ważne. Chwilami myślę, że jestem na granicy zrozumienia i zaraz wie­dział będę wszystko.

 

Tymczasem przewracam się z boku na bok i nie mogę usnąć. Obok mnie śpi ona.

 

 

PAJĘCZA ZADUMA

Wiatr poruszył pożółkłą firanką. Pod sufitem pokoju zatańczyły, zakręciły ospałego walca cztery muchy. Ponieważ nie wzbudziły niczyjego zainteresowania, wróciły ponownie na okienną szybę. Jednej z nich pomyliły się widać powietrzne szlaki, bo wyrżnęła z impetem w pajęczynę rozciągniętą na górnej części okiennej ościeżnicy.

Ciekawe, co tym razem wpadło do sieci? - szarpie linami, aż mi stawy w odnóżach trzeszczą. Muszę się pośpieszyć, bo sieć tak popęka, że i za pół dnia dziur nie połatam. O, do jętki jednodniówki, aaale mucha! Brzydka, aż mdli. Skrzydła lepkie od brudu i wybałuszone gały - a ja mam to jeść. Takiego odchoda to ja nie jem! - przechodzę na wegetarianizm, bo ostatnio tylko takie okazy wpadają do sieci. Godzinami tapla się toto w zupkach tych stworów na dole i łazi godzinami po butelkach z płynem chętnie przez stwory pijanym, a później przylatuje do mnie jako posiłek. Nie jem tego, nie jem tego, nie jem tego!... Później dwa razy chce mi się umrzeć, tak mnie boli głowa i skręca jakaś posucha, i tak mnie przerażają wspomnienia tego, co dzieje się w porze, która ma być porą trawienia. Najpierw stwory otwierają otwory gębowe i wprawiają w drganie powietrze, a później ganiają za mną z wyraźnym zamiarem uśmiercenia. I nawet nie powstrzymuje je znak, który mam na plecach, a który jest przez nie czczony - nawet na ścianach go wieszają. A niech to mrówka faraona! Wypuszczę tę pieprzoną muchę i naprawdę przechodzę na wegetarianizm. Nie chcę, ale muszę. No, nie chcę, ale muszę, takie teraz czasy. Może zostanę uznany za twórcę nowego nurtu filozofii pajęczej; na przykład „Wolny Pająk”,...albo lepiej „Spider Liberation”. Tak jest, to będzie „Spider Liberation”.

Promyk słońca wędrujący po podłodze dotknął lekko leżącą w kącie pokoju nieforemną, kudłatą kulkę. Kulka drgnęła, rozprostowały się kosmate odnóża.

To już dzisiaj! Umówiłem się z nią na dzisiaj. Dawała mi jednoznacznie do zrozumienia, że tylko ja, że tylko ze mną, że nie będzie miała oporów. Bella mia! Niesamowity jest pęd samic do podtrzymywania gatunku. Ale czy ja sobie z tym poradzę?!... Nie - w sprawach czysto prokreacyjnych, bez obaw. Tylko ten jad w jej czułych szczękoczułkach,... to jest zgryz! Trzeba ją jakoś skutecznie omotać i dopiero wtedy zrobić swoje. Tylko, co to jest za miłość? Nie można liczyć na czuły dotyk, a przez cały czas trzeba się wystrzegać ociekających jadem usteczek. Tfuj! Nigdzie nie idę. W ogóle z domu nie wyjdę. Za duże ryzyko - zatrute powietrze dziurawi płucotchawki, a i ludzie urządzają polowania, tłukąc wszystko co żywe. - Tarantula, tarantula! - wrzeszczą. No pewnie, że tarantula. Ale ja przecież ludzi nie zabijam. Głupolom coś pomyliło i biorą mnie za rudowłose, jadowite bydlę z Afryki - Ptasznika. Albo za amerykańską Czarną Wdowę. Ja jestem kulturalny Europejczyk, Włoch - capisco, tępoto?... O żarcie trudno, powietrze do kitu, dziury ozonowe, tępi ludzie - i seks bez miłości. Życie nie ma najmniejszego sensu. Od dzisiaj zaczynam wymierać. Wymrę na złość. Będą mnie tylko w encyklopediach oglądać, gdzieś w pobliżu Tygrysa szablozębego, albo Tyranozaura. Chociaż tyle będę miał satysfakcji.

 

 

 

OKRUCHY STAREGO LUSTRA

I.

Księżyc z trudem przebił się przez bure kłęby chmur. Drżą­ca poświata musnęła stojący obok sklepu sporych rozmiarów me­talowy kontener. Myszkujący nieopodal kot podniósł głowę i spojrzał z zainteresowaniem na oświetlony z nagła napis na boku kontenera: ASMABEL. Drgnął i ruchem wytrawnego łowcy przywarł do ziemi - z kontenera dobiegł szelest. Coś się w nim porusza­ło, a po chwili schrypnięty baryton mruknął z niezadowoleniem.

- Nie, to nie może być ołtarz ofiarny. Zamiast stosownej obiaty jeno resztki nadpsutego jadła. Zamiast ofiarnej krwi byczej, jeno barwnik takową udający. Oszukano mnie!

- Sam się oszukałeś! - przerwał mu szept, zimno cedzący słowa, przypominający syk węża. - Starzejesz się, Belu. Komu jest dzisiaj potrzebny Bel, mało znany bóg mało znanej Babilonii?...

Rozległ się trzask wyładowania elektrycznego.

- Puść! No, puść mnie wreszcie! Jestem Aeszma, staroper­ski demon nienawiści, znany tutaj jako Asmodeusz. Mam większe prawa do tego ołtarza, bo więcej na nim liter mojego imienia, a poza tym cenioną jest tutaj moja specjalność zawodowa. No, puść!

Cień gałęzi pobliskiego drzewa zwinął się w potężną pięść i z łoskotem wyrżnął w bok pudła.

- Dajcie spać, do cholery! - warknął z zewsząd posępny głos.- W tej krainie nie należy przywiązywać wagi do nazw. Uwierzcie, jestem Farel i nieraz się na tym sparzyłem.

Ściany kontenera rozjarzyły się błękitnawo. Przerażony kocur miauknął i czmychnął poszukać spokojniejszego podwórka.

 

II.

Poranek był mglisty i bardzo chłodny. Pasek od torby, w której taszczyłem gwintownicę i komplet kluczy do rur, wrzynał się nie­miłosiernie w ramię. Postanowiłem do miejsca awarii dotrzeć skrótami - korytarzami, podwórkami, byle prędzej. Wszystko szło gład­ko, więc ani nie przemarzłem zbytnio, ani się nie przemęczyłem. Miałem do przebycia już tylko jeden długi korytarz, wąskie pod­wórko-studnię i ... stanę u celu. Dwa schodki, korytarz… Przy­stanąłem z niedowierzaniem i głośno zakląłem. Od podwórka oddzielała mnie gruba krata, a na potężnym skoblu dyndała poskrzypując przeraźliwie jeszcze potężniejsza kłódka. Kłóda, jak cho­lera! Palnąłem pięścią w lodowato zimne pręty i z niechęcią odwróciłem się - muszę iść dookoła bloku.

Zrobiłem dwa, może trzy kroki, kiedy potężny łomot kazał mi się odwrócić. Całe przejście zawalone było cegłami i kawałkami tynku. Może zawalił się komin, może odpadł kawał muru? - nie wiem. Nad stertą gruzu unosiły się kłęby pyłu. Strach pomyśleć, co spotkałoby mnie gdybym wszedł tam, gdyby nie krata. Zapaliłem nerwowo papierosa i zamarłem. Kraty nie było. Nie było skobla, nie było kłódki, nie było niczego, czemu się przed chwilą przyglądałem. A mógłbym opisać zadrapania farby, popękania zaprawy wokół skobla, jej szarość. Mógłbym więc opisać coś, co nie istniało, a co najprawdopodobniej uratowało mi życie.

Cisnąłem niedopałkiem o posadzkę i wybiegłem na ulicę. Tego dnia nie wróciłem do pracy, poszedłem do lekarza. Nie opowie­działem mu o przywidzeniu.

Czy to było przywidzenie?

 

III.

Londyn, Redakcja „Nature. Na biurku redaktora naczelnego le­ży plik kartek. Korespondencja przysłana do redakcji. Zwraca uwagę zakreślony czarnym „markerem" fragment:

„Cenimy spokojne i rzeczowe raporty, jakie „Nature" poświęciła dziwnym i niewyjaśnionym zjawiskom - a przykładem tego może być casus Uri Gellera. Jednakże znany jest nam fakt obłożenia swoistą anatemą książki pt. „A New Science of Life: The Hypotesis of Formative Causotion", wydanej przez Rupperta Sheldrake’a. Dlatego informujemy Was, że w laboratoriach naszego Instytutu otrzymaliśmy rodzaj swoistej materii, o dziwnych właś­ciwościach, zdającej się potwierdzać teorię przyczynowości for­mującej - w pewnym, dość znacznym zakresie. Licząc na obiektywizm zapraszamy do współpracy z naszymi naukowcami.

CECHY MATERII: wykrystalizowana ze związków sztucznie syntezowanych, ulega całkowitym przeobrażeniom pod wpływem mentalnym schizofreników i paranoików - stany emocjonalne owych ludzi spowodowały kilkakrotnie ożywienie martwej (na pozór) materii. Zmuszeni byliśmy dezintegrować wówczas makabryczne i niebezpieczna stwory powstałe z materii pod wpływem chorej jaźni. Istnieją uzasadnione podejrzenia, że materia da się kształtować i ożywiać także pod wpływem majaczeń narkomanów.

Do współpracy zaprosiliśmy również tygodnik „New Scientist”…

 

Niestety, nie mamy możliwości przeczytania następnej, znajdu­jącej się pod spodem kartki.

 

IV.

Żeby nie było podejrzeń o manipulacje, wyłączam światło i skalę ustawiam po omacku. Jeszcze trochę!... Jeszcze trochę... Cholera, czy ja aby czegoś nie pomyliłem? Tutaj nie powinno być żadnego... Cholera, cholera, cholera!... No, jeszcze tło. Dobra, włączam i niech się dzieje, co chce. Powinno zadziałać. Mamy koniec XIX wieku - zwyczajny angielski dom i zwyczajne przyjęcie z okazji odkurzania.

 

- O, panie Smith! Zauważyłem właśnie interesujący portret na tej ścianie. Byłem dotychczas pewien, że to spękany tynk. Dzięki postępowi technicznemu możemy się przekonać, że pod warstwą kurzu ukrywasz pan niezłe skarby. Mogę poznać nazwisko autora? Zamówię i ja swoją podobiznę.

- Ach, przykro mi bardzo, ale malował Walter Osborne, który nie żyje już od dwóch tygodni.

- Osborne?! Ten pacykarz Irlandzki? Może lepiej było nie odku­rzać w tym miejscu… Niech sobie Irlandia sama swoje rzeczy odku­rza. Pocieszające w tym jest to, że się zmarło malarzynie. Jednego Irlandczyka mniej!.

- Hm, byłem służbowo w Dublinie i słyszałem, że niejakiemu Waltonowi urodził się syn - dali mu na imię Ernest. Może będzie kiedyś naukowcem, profesorem, noblistą,...

- Niemożliwe! A jeśli nawet, to będzie gorszy - oni tam nigdy nie dorosną do naszego poziomu.

- Wiek XX już od samego początku niesie niespodzianki – duże niespodzianki. Słyszał pan o braciach Wright? Wymyślili latającą maszynę - latali nią nawet.

- Sądząc po nazwiskach, to Anglicy.

- Amerykanie, szanowny panie. Niech pan uniesie nogę i cofnie ją nieco, bo odkurzacz ją wessie.

- Albo Amerykanie się chwalą, albo te Wrighty mają w sobie naszą krew. Inaczej nie może być. A w ogóle pięknie panu dziękuję. Więcej proszę mnie nie zapraszać na odkurzanie - nie bywam w domach, w których powątpiewa się w potęgę Anglii! Żegnam!

 

 

- Ha! - panchurchil”!

- Tak się mniej więcej pisze. Wymawia się „czerczil” – też mniej więcej. Sir Winston Leonard Spencer Churchill.

- Dziwne zestawienie: ser i spenser.

- Jest pan mało dowcipny. Skąd taka upierdliwość, panie Matejko? Przecież mamy wiele wspólnego - obaj przeciwstawialiśmy się pruskiej bucie, mamy po dwie ósemki w latach urodzin, nawet ostatnia podróż przypadła nam na listopad. Pan namalował „Hołd pruski", a ja byłem przeciwnikiem ugodowej polityki wobec Hitlera.

- Miesza pan i podlizuje się. A kto uprawiał politykę zimnej wojny - również w stosunku do mojego kraju? Kto w 1946 roku wygłosił bzdety o „żelaznej kurtynie"? Ja?!

- Shit! A kto namalował Rejtana, stojącego przed drzwiami, rozdzierającego szaty i broniącego wejścia? To jest to samo!

- „Przed" i „wyjścia” to nie jest to samo co „za” i „wejścia"!

- „Wejścia”, „wyjścia”…, Coś się pan uczepił? Powody i społeczne podłoża są dla pana nieważne? A ja w 1953 roku dostałem Nagrodę Nobla!

- Wielkie mi mecyje! - Przyjmując nagrodę zapomniał pan jakoś o tych swoich mechanizmach i podłożach. Wyżej sobie cenię tytuł doktora honoris causa – zwłaszcza, że mam go z Uniwersytetu Jagiellońskiego. Przemyśl pan to sobie, panie... „churchil”.

 

 

Jasny gwint! Kiedy to jest? I gdzie? Cholera, gdzie mnie zaniosło?!

 

 

HIPOTEZA

 

I.

Język przykleił mi się do podniebienia. Oddałbym wszys­tko za łyk zimnej wody.

Wszystko, to znaczy co - co ja mam w tej chwili do dania? Czy te przesuwające się przed oczami czerwone płaty? Nie, nie czerwone. Granatowo-zielone, popstrzone rozbłyskami. Albo jednak czerwone...

Z tyłu głowy, tuż u nasady czaszki, rozsiadł się potworny ból sięgający swo­imi mackami w głąb myśli. I ten cholerny zgrzyt w uszach, taki wizg rozdeptywa­nego szkła. Stękając schylam się i próbuję dostrzec co mam pod stopami. Stosunkowo łatwo mi to przychodzi. Widzę coś o błyszczących krawędziach, jest tego dużo - tak, to jest po­tłuczone szkło. Tuż obok mnie stoi krzesło. Kątem oka dostrzegam jak po jego poręczy przesuwa się coś obrzydliwie sinego. Cofam się ze wstrętem. Wtedy okazuje się, że to co mnie przejęło takim obrzydzeniem, to jest moja ręka. Moja, a jakby nie moja, taka martwa i taka niezależna od mojej woli.

Rozglądam się, usiłując sobie przypomnieć, gdzie jestem i skąd się tutaj wziąłem. Otoczenie niewiele mi mówi. Jakiś hotelowy korytarz, długi, szeroki i pusty. I tony potłuczonego szkła. Nie wiem czy z okien, bo okna jawią mi się z tej odległości jako rozmazane, jaskrawą czerwienią pulsujące plamy. Ruszam powoli, z wysiłkiem. Wizg w uszach się wzma­ga. Co ja tutaj robię… Prawda – uciekam! Koła jakiegoś pędzącego samochodu, tramwaj, skok w rozświetloną słońcem szybę... To chyba tłumaczy pochodzenie szkła pod stopami. Resztę przypomnę sobie na pewno - przecież przed chwilą nie pamiętałem nawet tyle. Żeby tylko znaleźć ścianę i dotrzeć do końca korytarza. Przecież musi być jakaś ściana. No proszę! Jest! Teraz trzeba tylko wzdłuż niej, cały czas wzdłuż a i drzwi też się znajdą.

Jakaś plama. Obraz? Nie, to lustro - gładkie i chłodne, miłe dla czoła i ust. Odsuwam się nieco, próbując w nim dostrzec swoją twarz, ale efekt okazuje się bardziej niż mizerny. Znowu jakieś cienie i rozbłyski. Z trudem powstrzymuję się przed wymiotami. Nagły, ostry ból żołądka zgiął mnie wpół. W tym samym momencie nad moją głową przeleciały ze świstem ostre kawałki szkła. Lustro przestało istnieć. Rozsypało się, godząc odłamkami w twarz i gdyby nie nagły skłon spowodowany bólem...

Nie jestem pewien, ale chyba ktoś przemknął cieniem tuż za mną. Przemknął i zniknął, a ja stałem czując zawroty głowy i spływające po zwarzy krople potu. Muszę natychmiast znaleźć jakieś schronienie. Jakieś miejsce, gdzie chociaż na chwilę mógłbym się położyć i odpocząć. Spać!

Długo szukałem takiego miejsca, ale je znalazłem. Cud prawdziwy - były tam jakieś schody i duże drzwi. A obok zupełnie niespodziewanie drzwi malutkie, ledwie widoczne w kącie pod schodami. Otworzyłem je i wtaszczyłem się do lilipuciego pomieszczenia. Były tam szczotki, wiadra - ot, zwykłe pomieszczenie na wyposażenie sprzątaczki. Zabezpieczyłem drzwi tymi szczotkami, podpierając klamkę. Pod stopami zabrzęczała potrącona butelka. Znalazłem w niej trzy łyki oranżady - mdłej, ciepłej, obrzydliwie słodkiej. No cóż, dobre i to. Wcisnąłem się w najbardziej odległy kąt, za załom. Oparłem plecy o ścianę i powoli uginałem kolana. Słyszałem szuranie skórzanej kurtki po chropowatym murze. Usnąłem, zanim się to szuranie zakończyło.

 

II.

Sadhu milczał. Trwał w niezmiennej pozie, a pełgający płomyk ogniska wydobywał coraz to inne szczegóły jego pos­taci - wychudłe, wyprostowane ręce wsparte na nie mniej wychudłych kolanach, szara opaska na biodrach. Spod postrzępionej, długiej brody wynurzał się drewniany naszyjnik. Pod poradlonym czołem ciężkie powieki zasłaniały oczy. Stopy wspierały się o wyszarzały i wystrzępiony na krawędziach dywanik. Nie otwierając oczu i nie zmieniając pozycji starzec sięgnął do leżącego po prawej stronie płóciennego woreczka, zaczerpnął zeń i powoli wsypał zawartość dłoni do ogniska. Pojaśniało. W powietrzu rozniósł się zapach palonych ziół.

Świątobliwy mąż powoli uniósł powieki i spojrzał na sie­dzącego przed nim szczupłego, trzydziestopięcioletniego mężczyznę.

- Twój stan określamy słowem awidja. Wiesz, co ono oznacza?

- Tak.. To jest niewiedza, błędne pojmowanie rzeczywistości.

- Twoja pomyłka, cudzoziemcze, wynika właśnie z niewiedzy. Nasze wierzenia są ci obce. Są obce twojemu sposobowi myślenia.

- Ależ, sadhu! Jestem tutaj już kilkanaście lat, studiowałem…

- Jogę w Rishikesh. - starzec przerwał stanowczo - Jogę. I za­pewne znasz nazwiska Yoganandy, Sivanandy… Posiadasz też umiejętności nieznane ogółowi w twej ojczyźnie, w twoim kraju. Ale to wszystko nie jest jeszcze zrozumieniem, nie jest poznaniem.

Garść ziół powędrowała znowu do ogniska. Przez chwilę panowało milczenie.

- Sadhu, wydaje mi się, że to ty jesteś daleki od zrozumienia.

- Słusznie powiadasz, że to tylko ci się wydaje. Nie potrafisz uwolnić się całkowicie od pierwotnego, zwierzęcego postępowania. Atakujesz, gryziesz, szarpiesz pazurami i takiego samego postępowania oczekujesz od wszystkich i od wszystkiego co cię otacza.

Starzec przerwał znowu. Milczał wpatrując się w płomień — młodszy z mężczyzn uśmiechnął się, delikatnie poprawił jakąś płonącą gałązkę.

- Pora na sen, Sadhu. Jest już późno…

- Zaczekaj. Przecież potrafisz obywać się bez snu przez długi czas. Posłuchaj mnie jeszcze, zanim stanie się nieszczęście.

- Przecież przez cały czas słuchałem tylko ciebie. Nie pozwalasz mi mówić, przerywasz, drwisz. Choć na poparcie swej hipotezy przedstawiłem rzeczowe argumenty. Co do zwierzęcego postępowania - czy nie zauważyłeś, że chodzi mi przede wszystkim o to, aby właśnie ludzi nie traktowano jak zwierzęta?

Posępny wzrok starca spoczął na siedzącym na przeciw mężczyźnie.

- Godzisz przy tym w to, co jest dla nas najświętsze – nie dający się opisać, niezniszczalny, niezmienny Absolut. Uderzasz w Brahman - najwyższą świadomość, prawdę, nieskończoność.

Starzec przerwał na chwilę, gładząc w zamyśleniu zmierz­wioną brodę. Po chwili kontynuował:

- I nie wiem, czy bardziej śmieszy mnie twoja głupota, czy też bardziej się boję tego, że tą głupotą zarazisz innych. Tylko awidja mogła sprawić to, że wydumałeś sobie rzecz nie do przyjęcia. Jak bowiem inaczej mógłbyś twierdzić, że Brahman „hoduje” ludzi po to, aby żywić się energią którą wytwarzają ginąc w czasie walki, w czasie wzajemnego mordowania się? Naczelną naszą zasadą jest ahinsa, czyli umiejętność życia w życzliwości, miłości, nie wyrządzaniu sobie krzywdy. Od wieków nasi mędrcy uważają miłość za podstawową cnotę ustanowioną przez Najwyższego. To jest niemożliwe, aby Najwyższy czynił wbrew swoim własnym zaleceniom, to jest...

- To jest tylko pozornie nielogiczne! - atakowany przez Sadhu mężczyzna nie zamierzał ustąpić. - Ludzie też zajmują się hodowaniem różnych zwierząt, z których wyrabiają pokarm. Dokładają przy tym wiele starań, aby hodowane zwierzęta nie zagryzały się nawzajem. Na śmierć zwierzęcia przychodzi czas, ale dopiero wtedy, kiedy hodowca jest głodny. Kiedy ten twój najwyższy jest głodny, wtedy za jego wolą ludzie toczą wojny. A jest głodny coraz częściej i coraz bardziej. Dawałem ci już tego przykłady. Dawałem ci też dowody na to, co jest jego pokarmem. I nie musisz się tak bardzo na mnie oburzać. Ja nie uderzam swoją hipotezą w Najwyższego, w Absolut. Próbuję ci jedynie pokazać, że Absolutem nazwałeś krwiożerczą istotę, stojącą na wyższym stopniu rozwoju i niewiele mającą z Abso­lutem wspólnego.

- Ale po co to czynisz? Po co chcesz zburzyć raz ustanowiony i wieczny porządek? Przecież te twoje dowody można tłumaczyć różnie? Przecież jest w końcu tak, jak chcemy aby było i w co wierzymy.

- Ja wierzę, bo chcę wierzyć w to, że jeśli poznamy powody, to zwalczymy skutki i niech ten twój fałszywy Absolut radzi sobie bez nas.

Starzec wstał powoli, pochylił się i zwinął dywanik. Zrobił kilka kroków w mrok i zatrzymał się.

- Myśl jak chcesz, przybyszu. Rób jak uważasz. Ale uważaj, zło jest w tobie. Jest w tobie, ale dziać się zacznie wtedy, kiedy zechcesz się nim podzielić.

Sylwetka wychudłego sadhu wtopiła się w mrok.

 

III.

Powoli zaczynał tracić nadzieję. Spojrzał na zegarek i ciężko westchnął - czy warto było wierzyć jakiemuś oberwańcowi, tam nad Gangesem, w Benares? Nie, nie w Benares - w Varanasi. Tak się nazywa dawne Benares. Varanasi. Było coś intrygującego w tym opalonym na brąz mężczyźnie, zupełnie nie wyglądającym na Hindusa. Mimo tradycyjnego, dość pospolitego ubioru, mimo sposobu bycia, mimo.. No, mimo tego wszystkiego co jest właściwe tubylcom, było w nim jeszcze coś. John mógłby przysiąc, że to była „europejskość” — ten facet, dla którego tu przyjechał, musiał być europejczykiem. Kilka zdań wypowiedzianych półgłosem tak zaintrygowało Johna, że bez mrugnięcia okiem wyjechał z Bena... z Varanasi. I stał teraz oparty plecami o jakąś metalową balustradę. I czekał.

Nieopodal stały dziewczęta. Dorodne, czarnowłose, w kunsz­townie upiętych barwnych sari. Obok dziewcząt przebiegł mia­rowym krokiem smagły kulis, ciągnąc terkoczący niemiłosiernie żelaznymi obręczami kół wózek. A po przeciwnej stronie ulicy stragany z owocami i coraz bardziej kuszący napis, zachwala­jący kawę. John z żalem pomyślał, że jednak nie dostarczy czytel­nikom swojej gazety żadnej sensacji. Będzie im musiał wystarczyć reportaż z Khadżuraho. Wiele do czytania nie będzie, za to będzie co pooglądać. Zdjęcia wyszły znakomicie. Kilkaset zdjęć reliefu świątyni, to kilkaset obrazków na­syconych wybujałą erotyką. Tylko czy to jeszcze potrafi zadziwić współczesnego czytelnika?

- Dzień dobry!. Niech pan wybaczy, że się spóźniłem.

Głos był spokojny, ale John, zapatrzony na stragany po drugiej stronie ulicy, aż podskoczył. Obok niego stał człowiek z Varanasi. Ale w jakimże stanie - przysypane jakimś pyłem włosy, zakurzone ubranie i mimo opalenizny wyraźnie widoczna bladość twarzy. Po lewej dłoni spływał strumyczek krwi, ale stojący przed Johnem mężczyzna zdawał się tego nie dostrzegać.

- Co się panu stało? Może trzeba zawołać lekarza? Może...

- Nie! – przerwał nieznajomy i w tej chwili zauważył wzrok Johna utkwiony w jego ręce. Mruknął coś pod nosem i palcami prawej ręki wykonał dwa ruchy - od dłoni w stroną ramienia i wokół niego. Chwilą stał tak z uniesioną prawą dłonią i dziwnym, nieobecnym spojrzeniem. Zaciekawiony John stwierdził ze zdumieniem, że krew przestała się sączyć. Nieznajomy otworzył zapinaną na guzik kieszeń marynarki.

- Proszą pana, mam materiały, które zapewne pana zainteresują. Za to nie mam ani chwili do stracenia na niepotrzebną gada­ninę. Niech panu wystarczy to, że znam pana i pańską profesję. Zależy mi na tym, aby pan opublikował te materiały, które panu dałem. Są tam dowody potwierdzające moją hipotezę. Są też wskazówki jak zdobyć inne dowody. Ja muszą już iść, dalsze przebywanie tutaj sprowadzi nieszczęście nie tylko na mnie, ale i na pana. Niech pan to opublikuje. I niech pan się śpieszy.

Z grupy dziewcząt wyszła jedna i powoli zbliżała się do Johna i jego rozmówcy. Nieznajomy wyjął z kieszeni pokaźny zwitek pokrytych drobnym pismem kartek. Wyciągnął je w kierunku Johna ale w tej samej chwili znajdująca się o dziesięć kroków dziew­czyna, również wyciągnęła dłoń. Nieznajomy spojrzał w jej stro­nę i próbował cofnąć rękę z notatkami. Potężna siła unierucho­miła dłonie mężczyzn. Kłęby kurzu uniosły się wysoko z ziemi, kartki zawirowały w powietrzu. Wirowały i płonęły - płonęły i opadały na ziemię pyłem.

John zawył z bólu, nie mógł się jednak uwolnić z niewidzia­lnych kleszczy. Odczuwał potworny, miażdżący uścisk i straszliwy żar. Krzyczał tracąc przytomność.

Nieznajomy znał widać sposób na uwolnienie. Tylko przez chwilę był unieruchomiony. Po chwili wyrwał się, zatoczył robiąc kilka kroków do tyłu. Potężne uderzenie nadjeżdżającego samochodu wyrzuciło go w powietrze. Zdawało się, że po takim ude­rzeniu nie pozostanie w nim ani jedna cała kosteczka. Przechodnie wstrzymali oddech, patrząc z przerażeniem na wgłębie­nie w masce samochodu i na spadającą ofiarę wypadku.

Nie, nie spadł na bruk. Uchwycił się widać czegoś, co po­zwoliło mu łagodnie opaść na nogi. Podbiegł dwa kroki i pokonując długim skokiem przestrzeń uderzył w szybą okienną.

John leżał nieprzytomny, a przez ulicę przechodził skąpo odziany Sadhu - asceta, pątnik, mąż świątobliwy.

 

IV.

Przebudziłem się. Trudno powiedzieć jak długo spałem. Ale nawet gdyby to był krótki czas, to i tak było go na tyle dużo, że mogłem zabrać się za porządki - odblokowałem ramię i za­bliźniłem ranę, przejrzałem układ kostny. Strach pomyśleć, co by się ze mną stało gdybym nie potrafił... Mniejsza z tym. Szkody były niewielkie, ale potrzebowałem trochę czasu, aby całkowicie doprowadzić się do porządku.

Gdzieś popełniłem błąd. Tylko gdzie?

Znalazłem zeszyt i ołówek. To dobrze. Będę mógł zanotować swoje dodatkowe spostrzeżenia i uwagi, albo je przeanalizować - jeżeli wystarczy czasu.

Od dłuższej chwili mój niepokój rośnie. Coś niebezpiecznego zbliża się nieubłaganie. Przerwałem pisanie. Stanąłem na wprost małych drzwi - niech nieuchronne nie będzie nieznane. W tym samym momencie zobaczyłem jak prysnęły kije szczotek. Widziałem jak tafla drzwi kruszy się i łamie, jak miażdżąc wszystko po drodze wsuwa się do wnętrza mojej kryjówki szeroki stalowy słup, będący do tej pory podporą stro­pu w korytarzu…

 

 

*

(ja jestem jeden)

 

ja i nieskończona liczba istot świadomości nadświadomości światów kosmosów

i ty który zszedłeś z drogi wytyczonej przeze mnie i trwasz teraz zagubiony w tym co sam stworzyłeś w zarozumialstwie swoim działając wbrew prawom natury niwecząc środowisko w którym i z którego powstałeś

zatem niszcząc w ten sposób siebie nie narzekaj na mnie i winy na mnie nie zrzucaj bo łaskę swoją objawiam nieustannie poprzez prawa nienaruszalne które są wolą moją ciebie tylko tym wyróżniłem że postawiłem na czele świata zwierzęcego nad którym winieneś panować a spojrzyj i zauważ co uczyniłeś

nie przepraszaj mnie bo żaden twój czyn nie może mnie dotknąć znieważyć żaden nie może pomniejszyć mojej godności tak jak żadna istota na niższym szczeblu żyjąca nie może znieważyć ciebie

nie lamentuj nie narzekaj nie biadol nie użalaj się nad sobą a do mnie mów sercem nie słowami w których wartość sam nie wierzysz i przestań już budować niezliczone świątynie kościoły kaplice przestań wznosić ołtarze bo przecież nie w ilości rzecz

tym mnie nie przekupisz nie zwabisz i nie osaczysz ja i tak jestem wszędzie a ty jeżeli chcesz przebywać w moim pobliżu musisz pokochać mnie kochając wszystko co obdarzyłem życiem pamiętając że jeden jest tylko występek jeden jedyny grzech a tym jest czyjaś krzywda i na cudzą szkodę działanie

jeżeli jesteś grzesznikiem to krzywdy rychło naprawiaj i uzyskuj przebaczenia a kiedy skrzywdzonym zadość uczynisz pozbądź się kompleksu winy wtedy będziesz przy mnie

forma istnienia którą nazywasz swoim życiem jest ci dana abyś mógł gromadzić wiedzę i nią się bogacić i tylko taki bagaż zabierzesz w swoją ostatnią podróż dbaj więc aby to była wiedza prawdziwie rzetelna pozbawiona mitów niedomówień i przesądów

pamiętaj przy tym że to z mojej woli granice twojego poznawania zaciera mgła i głupotą bezdenną jest stawianie muru pomiędzy tym co wiesz a tym co poznać zamierzasz

obdarowano cię życiem abyś mógł być szczęśliwy masz więc prawo chcieć szczęścia żądać go i pragnąć nie musisz o nie skomleć żebrać czy prosić

świat twój jest jedynie ekspresją myśli materia jest myślą a myśl jest materią zapamiętać więc zechciej że raz wytworzona myśl istnieje poza umysłem i umysł nie ma już na nią wpływu niech więc to będzie myśl piękna myśl dobra która dołączy do krążących nad światem obłoków myśli dobrych i pięknych bowiem myśli zawsze się łączą tematycznie tworząc grona

to nie muszą być grona zawiści wrogości i gniewu

jestem wszędzie wyglądasz więc śmiesznie kiedy rozmawiając ze mną kierujesz myśli swoje i wzrok w stronę tego co górą nazywasz gdy tymczasem ja zewsząd cię otaczam i nawet w tobie jestem jeżeli tylko tego pragniesz

nie jestem starcem nie jestem młodzieńcem i dzieckiem nie jestem trwam poza czasem i ponad czasem który dotyczy tylko ciebie nieskończona jest liczba istot świadomości nadświadomości światów kosmosów ja jestem jeden