WILHELM KARUD. Urodził się na tyle dawno, że zdążył się jeszcze zakrztusić łykiem prawdziwej alpagi pitej pod tanie a mocne kubańskie ligerosy. Dość trwale trzymały się jeszcze wtedy puzzle poukładane w szaleńczym zamyśle przez pewnego wąsatego Gruzina. Jednak Wilhelm Karud przyszedł na świat wystarczająco późno, by zdążyć bez kompleksów pogawędzić z Grekiem a nawet  Irlandczykiem. Ku jego wielkiej radości układanka dziobatego syna szewca z Gori rozpadła się i otwarły się szlaki globalnej wioski. Podróżuję, by oglądać i zapisywać – piszę, bo podróżuję i oglądam ... ,  mawia czasem o sobie. Do oglądania świata zainspirowały go barwne opowieści dziadka, których jako malec, wciśnięty w głęboki kąt, słuchał z pasją i wypiekami na całym ciele. Jego antenat przeszedł z CK Armią pół świata a potem hodował indyki w Kanadzie, mełł mąkę na Kresach i zagospodarowywał Ziemie Zachodnie.

         Karud zdążył spenetrować ponad trzydzieści krajów zapisując wrażenia w kilku setkach tekstów podróżniczej prozy. Popełnił też pewną ilość prac, które paru jego znajomych nazywa poezją. On sam określa to jako bardzo osobiste mocowanie się z literaturą piękną i ma przy tym nie lada duchową uciechę.

         Karud kocha prowincję. Najchętniej buszuje po Ukrainie, Mołdawii i po Bałkanach. Od kilkunastu lat choć kilka tygodni w roku spędza w norweskim lesie. Nigdzie indziej nie słyszał takiej ciszy, jak ta w borealnej tundrze. Tam najwięcej pisze i dojrzewa duchowo. Pobyty w Paryżu, Londynie, w słynnych kurortach nad ciepłymi morzami przyniosły mu moc przeżyć, ale nad to woli wybrać sielską atmosferę przedgórza Rodopów, interior Krymu albo rybacką osadę w Portugalii.

         Za teksty podróżnicze i lekką poezję poświęconą opisaniu różnych Ziem nagrodzono Karuda wielokrotnie. Nagrodami były zafundowane podróże – na Kretę, dwukrotnie do Portugalii, nad Balaton, do Lwowa, do alpejskiego raju w Kraju Salzburskim ... .

         Większość tekstów Wilhelma Karuda znajdziemy po wpisaniu jego imienia i nazwiska w największej internetowej wyszukiwarce google. Nie ma w internecie innej osoby o tych danych więc wszystkie linki poprowadzą do jego prac. Kontakt e-mail: vicar0@poczta.onet.pl

 

 

HAIKU

 

frosty jasmine bush-

a lonely leaf

as a little candle

 

(oszroniony krzak jaśminu -

samotny liść

jak mała świeca)

 

two old travellers
under twin boreal trees -
thousand of stories

 

(dwaj starzy podróżnicy
pod dwoma borealnymi drzewami -
tysiące opowiadań)

 

 
Limeryk agrotechniczny

 

Po Sylwestrze w Wilkowie Stach Wrona

o włos mały by prawie był skonał.

Nie mógł zdjąć ortaliona,

pomagała mu żona ...

Całe plecy jej Stachu miał w bronach.

 

Limeryk pikantny

 

Pewna panna ze slumsów Szczecina

nie pamięta, kto spłodził jej syna.

Nie wie też, czy ma brata

i gdzie przepadł jej tata.

Popieprzona to jakaś rodzina.

 

Limeryk groznyj

 

Umar, Czeczeniec, co żył w aule,

miał w piwnicy pociski i kule

oraz pasy szahida,

ale sąsiad go wydał.

Dziś już nie ma Umara w ogóle.

 

Limeryk transgraniczny

 

Pewien biznesmen, Jan spod Zwardonia,

ma konkubinę po czeskiej stronie.

Kiedy się doń wymyka

zawsze pucuje brykę.

A wcześniej, rzecz jasna, poi konie.

 

Limeryk okulistyczny

 

Z miasta Babimost stójkowy Idzi

wróbli w maladze od lat się brzydzi.

Za to szpaki pochłania.

Tłumaczy żona Hania:

„Są ciut większe, a mąż słabo widzi.”

 

Limeryk prowincjonalny

 

Miecia, córka felczera z Głogówka,

od dziecka chciała zostać tirówką.

„Daleko – gadał tata –

do pracy będziesz latać.”

Fakt, mało tirów jest w pipidówkach.

 

Limeryk epikurejski

 

Gospodyni farosza spod Toszka

nalepiła z kapustą pierożków.

Potem jedli je duszkiem,

za stół mając poduszkę.

Los farosza nie musi być gorzki.

 

 

 

ROZMOWA WILHELMA KARUDA Z OMAREM CHAJJAMEM

Chajjam

Iżem przyszedł, niebiosa na tym nie zyskały,

Iż odchodzę, niebiosom nie przybędzie chwały,

I znikąd uszom słyszeć nie było dano,

Na co się to moje przyjście i odejście zdały ...

Karud

Albom sobie zamiarów przydał ponad miarę

I borykam się teraz z niemocy koszmarem?

Albom ścieżki pogubił w gęstej życia puszczy?

- Czyż po zgon mam przełykać istnienia ofiarę?

 

 

***

Tyś moja – jam twój, padły kiedyś słowa

I namiętne uczucie los nam namalował –

Dwie dusze na nowej religii ołtarzu.

Spraw, abym słów tych nigdy nie żałował.

 

***

Gdym cię odkrył na życia kolejnym przystanku

Pragnę wspólnych chwil i witań poranka.

Chcę od pieszczot codziennie zwariować we dwoje.

Czy Niebiosa pomogą tej parze kochanków?

 

***                                                   

Sól mi jak nektar wtenczas smakowała,

Gdym ją zlizywał z zamszu twego ciała.

Moment ten mocno wdarł się do pamięci.

Czyś ty odczuła, co ja odczuwałem?

 

 

 

NIE TYLKO W GAZECIE ZIEMI NAMYSŁOWSKIEJ

 

 

SERCE ZOSTAŁO W ...

(fragment wywiadu z Wilhelmem Karudem, Gazeta Wyborcza, 2004)

 

·    Mołdawii, a określając ściślej, w idyllicznych siołach i przysiółkach besarabskiej i bukowińskiej prowincji. Mimo zmieniających się granic, ustrojów i trendów społecznych ludzie żyją tam niespiesznie, własnoręcznie wyrabiając swój chleb powszedni, warząc tę samą od lat mamałygę i witając przybysza tym wszystkim, co mają najlepszego. Przywykli z dziada pradziada do burzliwych dziejowych nawałnic i przemian, nie żywią historycznej nienawiści ani do Tatarów i Turków, ani do polskiej szlachty, ani nawet do siepaczy obu dwudziestowiecznych reżimów. A boga, mimo różnych religijnych tradycji, mają jakby jednego dla wszystkich tych sadyb, sennych rozległych wiosek i małych miasteczek porozrzucanych w nieładzie pomiędzy Suczawą a Odessą.

·    Ciekawe jest tam wszystko dla człowieka wychowanego w bliskim sąsiedztwie fabryk mercedesa, szumnych wielkomiejskich deptaków i wykwintnych restauracji. Jakże bowiem odmiennym doświadczeniem jest smakowanie suszonej na wietrze ryby, pogryzanie soczystego kiszonego czosnku i zapijanie tego domowym winem wyniesionym przed momentem z chłodnej dubossarskiej piwniczki. Gdzież indziej jednego wieczoru można posłuchać zarówno dumki ukraińskiej jak i pasterskich pieśni rumuńskich, cygańskiej rzewnej ballady czy chasydzkich skocznych melodyjek.

·    Dojechałem tam po raz pierwszy ćwierć wieków temu zakurzonym i rozklekotanym radzieckim autobusem, tłukąc się przez wiele upalnych godzin po nigdy nie naprawianych drogach. Pamiętam jak żałośnie wypadło porównanie kolorowych zdjęć pionierów w podręcznikach do nauki języka rosyjskiego z obrazkami bosonogich dzieciaków otaczających nasz autobus na prowincjonalnych przystankach. Jeśli potem wybrałem filologię rosyjską jako kierunek studiów to właśnie po to by bliżej i głębiej poznać ten najdziwniejszy kraj świata.

·    Niezapomniany dzień przeżyłem kilkanaście lat temu w swoje dzieste urodziny na innej prowincji – w sercu dziewiczej norweskiej tundry. Goszcząc z rewizytą u zaprzyjaźnionych szwedzkich pen-friends, umyśliłem sobie siedmiuset kilometrową samochodową przejażdżkę na środkową północ Skandynawii do innych znajomych z korespondencji. O ile do pewnego momentu krajobraz przypominał to co możemy spotkać w europejskim interiorze, o tyle następny odcinek trasy przebiegał przez zgoła inne strefy krajobrazowe. Niemrawa sosna przemieszana z jakimiś resztkami brzozy, karłowata wierzba lapońska, głazy i godzinami ciągnące się mokradła towarzyszyły mi przez parę setek następnych kilometrów. Uderzające było zaś bogactwo runa leśnego, co zaobserwowałem podczas kilku przystanków w podróży, gdzieś w okolicach szwedzkiego Idre a potem norweskiego Tynset. Szlachetne gatunki grzybów, poziomki, kilka gatunków innych jagód oraz dojrzewające owoce maliny moroszki zachęcały do dłuższej przerwy w podróży i robienia zapasów na zimę. Dobrze jednak, że nie skusiłem się na taki postój bo w domu moich przyjaciół czekał na mnie urodzinowy tort, masa prezentów i wesołe międzynarodowe towarzystwo. Z wcześniejszej wymiany listów nie wnioskowałem, że w chłodnym borealnym lesie spotkam ciepłych i otwartych ludzi.

·    Niebo w gębie poczułem na intrygująco pachnącym orientalnym bazarze w Taszkencie, gdzie przed kupnem melonów dwie młode Uzbeczki improwizowały ich degustację. Nie mam pojęcia skąd brały głęboko schłodzone owoce bo prażyło niemiłosiernie a nie widać było urządzeń chłodniczych. Dziwnego kształtu tasako – maczetą szatkowały melony na plastry i kostki a tuż przed podaniem do skosztowania polewały je odrobinką herbacianego koloru gęstej cieczy. Był to miód dzikich pszczół wykradany tym owadom gdzieś aż w trudno dostępnych górach sąsiedniej Kirgizji. Ta prosta smakowa kompozycja spowodowała u mnie wielki kulinarny zachwyt i po powrocie do hotelu napisałem barwny reportaż o taszkenckim bazarze, gdzie skosztowałem jeszcze kilku innych specjałów.

·    W Polsce lubię urok żydowskich miasteczek Polesia, Racibórz i krainę zalewajki, która na mojej prywatnej mapie dobrego jadła umiejscowiona jest gdzieś na pograniczu Mazowsza i Małopolski. Na tych ubożuchnych rolniczo i przemysłowo terenach czuję sielski czar polskości. Tam są korzenie mojego rodu i tam lubię spędzać kilka jesiennych dni każdego roku. A gdyby nie egzotyczne smaki Taszkentu, Óbidos i Kiszyniowa, całe kulinarne niebo wypełniłbym poematem o wielkim talerzu zawiesistej zalewajki, jaką przygotowują moje ciotki w okolicach Przedborza.

·    Na wyprawę zawsze zabieram lornetkę, aparat fotograficzny i notatnik. Od wielu lat mam zwyczaj brania z sobą czegoś z beletrystyki związanego tematycznie z obszarami jakie będę penetrował. Kiedyś było to Błogosławieństwo ziemi Knuta Hamsuna traktujące o życiu norweskiego chłopstwa. Innym razem Most na Drinie Ivo Andrića pełen bałkańskiego kolorytu. Ostatnio zaś jadąc do Chorwacji zabrałem Inne morze Claudio Magrisa, piszącego o kulturze pogranicza, Włocha z Triestu.

·    Nigdy więcej nie powrócę na pokład poradzieckich zdezelowanych samolotów – tak myślałem jeszcze niedawno. Leciałem kiedyś z Krakowa do Symferopola takim obiektem. Telepało nim podejrzanie na całej trasie a podpita ukraińska załoga pocieszała nas, że te typy lądują nawet przy obu wyłączonych silnikach. Jako, że tylko pierwszy pilot tego latającego dziwadła był trzeźwy, bagaże na Krymie musieliśmy z luków wyładowywać sami. Uspokoił mnie natomiast niedawny wywiad ze znanym obieżyświatem, który twierdzi, że czytając i pisząc w czasie lotu, nie myśli o katastrofach bo by po prostu zwariował. Nie zawsze przecież można dołączyć do biesiadnego stolika załogi.

·    Wkrótce będę w drodze do Norwegii. Przygotowując reportaż o skandynawskich stolicach spędzę kilka dni w Oslo. Potem na Północy chcę przyczaić się na sowę mszarną – Strix nebulosakiedy trwać jeszcze będzie efekt białych nocy. Pragnę też sfotografować fazy dojrzewania owoców maliny moroszki, niepozornej krzewinki rosnącej na podmokłych terenach borealnego lasu, łowić ryby w przeczystych jeziorach i odpocząć od wrzaskliwych billboardów.

·    Mój ulubiony hotel to Hospedaria Louro w portugalskim Óbidos, w którym to uroczym miasteczku gościłem jako finalista Międzynarodowego Festiwalu Czekolady w kategorii amatorów. Tonąca w kwieciu miniaturowa recepcyjka, przynoszona do pościeli aromatyczna poranna bica i wieczorny szept niewidzialnych mieszkańców bujnego ogrodu pod moim balkonem sprawiły, że zapragnąłem wrócić tam raz jeszcze. Dziesiątki hotelowych molochów Budapesztu, Londynu czy Petersburga, w których wypadło mi nieraz mieszkać, pozostawiły w pamięci jedną, szarą, bezkształtną plamę godną natychmiastowego wymazania.

·    Podróżuję zazwyczaj z Navojkąto maleńka figurka klęczącej macedońskiej dziewczyny, podarowana mi kiedyś przez kogoś bliskiego na Bałkanach. Ona pomaga mi wybierać następne etapy podróży i sprowadza na moje trasy życzliwych ludzi.

·    Wymarzony cel podróży: Bułgaria prowincjonalna. Po wielokrotnych pobytach w betonowych ośrodkach przymorza, bólach głowy spowodowanych mieszaniną zapachów olejków i olejów, zapragnąłem choć trochę poznać inną Bułgarię. Zaszyć się gdzieś na wsi między Rodopami a Riłą, napić się jogurtu u jego źródła, pokosztować domowej rakiji i pogawędzić z prostymi pasterzami kóz ...

 

 

 

W SENJ OD ŚWITU DO ZMROKU

(fragment tryptyku poświęconego Chorwacji, Gazeta Wyborcza, 2006)

   

Miasto jeszcze śpi, gdy z balkonu hotelu Nehaj witam budzący się nad Adriatykiem dzień. Najpierw z mroku wyłaniają się rivy – falochrony, przy których cumują dziesiątki jachtów. Początkowo widać je jako szare pasemka z kikutami gołych masztów. Biel kadłubów pojawia się dopiero po kwadransie a po następnym można już rozróżnić poszczególne łajby. Z ciszy w przystani od czasu do czasu kpią sobie mewy. Kiedy ptactwo milknie daje się słyszeć niewyraźny szmer silnika jakiejś łodzi rybackiej. Po chwili widzę, że łodzi jest kilka. Wszystkie łowią u wejścia do Senjska vratacieśniny między wyspami Krk i Prvić. Blade kontury Krk widać od kilku minut a Prvić, mniejsza i bardziej oddalona pojawi się pewnie za moment. Powoli z mgły wyłoni się cała plejada tego wszystkiego, co od tysięcy lat wystaje z tej części Adriatyku. Może między wysepkami dojrzę wtedy fenicką łódź wiosłową, może żaglowiec portugalski albo włoski statek parowy. Może także spróbuję ścigać wzrokiem zwinne gusarki, dopadające właśnie wypełniony towarami wenecki korab. Po lekturze „Uskoków” Tomasza Teodora Jeża, gdzie autor barwnie opisał korsarski etos, to bardzo prawdopodobne.

    Na ulicy Króla Zvonimira pojawia się pierwsza furgonetka z pieczywem, a z Pavlinskiego Targu znika mgła. W Senj zaczyna się nowy dzień. Piję mocną kawę i zanurzam się w zakamarki najstarszej części grodu. Mijam pałacyk rodu Posedarić – nieźle zachowaną siedzibę uskockiej arystokracji. Ulicą Potok dotrę za moment do dzwonnicy zburzonego podczas wojny klasztoru Franciszkanów. Podnoszą się pierwsze rolety sklepików na parterach kamieniczek, ktoś wystawia stoliki przed mijaną kawiarenką, pachną świeże rogaliki. Wychodzę na obszerny skwer Cilnica – największy plac starego Senja. Jego róg wieńczą pozostałości zamku, fragmenty murów obronnych i baszta Filipa. Na dziedziniec tej części twierdzy wchodzę przez okazałą białą bramę. Velika vrata pamięta schyłek Średniowiecza i jest jednym z symboli miasta. Kilka minut poświęcam architekturze ulicy Uskockiej. Najbogatsze rody słynnych uchodźców stawiały tu niegdyś swe domostwa. W ornamentyce fasad dużo symboli religijnych ale także motywy ze świata fauny i flory. Na chwilę zatrzymuję się na niewielkim placyku przed Katedrą św. Marii. Fragmenty murów kościoła pochodzą z XI w. ale reszta to dość chaotyczne dobudówki. W wyniku zniszczeń wojennych i kilku pożarów, obiekt był wielokrotnie restaurowany. W jego wnętrzu mieści się zabytkowy ołtarz z okresu baroku, grób średniowiecznego biskupa i wiekowa zakrystia. Właśnie zaczyna bić jeden z trzech świątynnych dzwonów – znak, że zbliża się czas mszy porannej. Z kilku sąsiednich uliczek wychyną za moment grupki starszych kobiet w czerni, trochę pobożnej młodzieży i jeszcze mniej liczni turyści.

    Kilka kroków dalej trafiam do najstarszego fragmentu miasta, Goricy. Zachował się tu pokaźny ciąg murów obronnych z basztami, Leonową, Trybenac i Lipnicą. Wewnątrz grodu kolejne siedziby uskoków, barokowy pałac Ferajna, pozostałości ratusza i loggii z XIV wieku. Przejdę jeszcze obok dworu Daničića zdobionego triforiami sprzed sześciu stuleci, minę Muzeum Miejskie (bogate zbiory z dziejów głagolicy) i wyjdę na Plac Frankopanski. Stąd znowu będę miał blisko do portu z basztą Šabac, do parku z kościołem św. Marije od Arta i do hotelu Nehaj.

    Tarcza słoneczna pojawia się nad Senj dość późno. Musi się przecież wznieść ponad wapienne wierzchołki Velebitu osiągające wysokość ponad 1600 metrów. Słońce po południu dopiero ożywi biel zachodnich elewacji domów na zboczach. Amfiteatralnie opadające ku morzu przedmieścia kurortu błyszczą wtedy jak Casablanca. Tylko fortecy Nehaj słońce nie czyni zmian w kolorach. Jej szara, surowa, monumentalna bryła, dostojnie pełni swą odwieczną straż. Na forteczne wzgórze warto wybrać się u schyłku dnia i doczekać zachodu słońca. Mamy wtedy niepowtarzalną okazję przeżycia romantycznego spektaklu. Barwy złota, różu i fioletu mieszają się z błękitem, seledynem i pomarańczą. Każda chwila inaczej maluje zachodnią linię horyzontu. Każdy moment brzmi trochę inną muzyką śródziemnomorskiej przyrody. Dlatego wrócę tam w tym roku.