ŁUKASZ KASZYŃSKI

ukończył Liceum Ogólnokształcącego im. Jarosława Iwaszkiewicza w Namysłowie. Później ukończył anglistykę – a teraz uczy angielskiego tam gdzie sam nauki pobierał. Do klubu „Wena" należy od dawna. Dużo czyta, zachwyca się poezją romantyczną oraz współczesną, czerpie inspirację również z muzyki i codzienności. Poszukuje, jak sam mówi, metafor oryginalnych i ciekawych.

 

 

TAJGA

 

jestem taki iglasty

i pokrywam się czasem Twoją miednicą

a puch z Twoich warg napęcznia mój drzewostan

 

moja kora płynie Twoją śliną

raczej wartko

przerywam Ci tylko szumem gałęzi

na których Twoje serce wierci się jak szyszka

 

trudno się nie chować

gdy drzewa już zamknięte

i jak ja chciwie łypią mchem

na Twoją wilgoć którą w porcjach

odbieramy przy glebie

 

przez gałęzie prześwituje Twoja niebieska spódniczka

i biała bielizna z chmur

którą rozbiera wiatr

a ja wyrywam się z korzeniami

żeby dosięgnąć horyzontu

i zasiać się w Tobie na dłużej

choć to jak apokalipsa

 

 

świt

już czerwieni się zazdrością Boga

który nieśmiało

pali fleszem młode drzewa

 

żeby nikt się o Nas nie dowiedział

 

 

 

***

 

miażdżę krwinki w twoich tętnicach

i policzkuję kości

a każdą skórę wykładam na ścianach

 

osadzam głębiej oczodoły

i zasypuję nieswoim dna

żebyś ciągle miała odczyn obojętny

 

jestem twoim prywatnym chirurgiem

co każdą komórkę wygładza papierem ściernym

mój skalpel versus twoja kość czołowa

 

twoje wnętrze ozdobię

według starej receptury na chaos

że aż palce lizać

 

za twoje piękno przewodu pokarmowego

i nie strawionego jeszcze mnie

rzucę łabędziom na rozdziobanie

 

a serce zostawię w śmieciach

 

między kontenerami

na plastik i szkło

 

 

 

list gończy

 

jesteśmy nielegalni

poszukiwani żywi lub martwi

nie chciani przez żywych i martwych

za nasze wiersze wyznaczone są wysokie nagrody

a gdy złapią nas żywcem

zabiorą nam wszystkie pióra i kartki

i schowają je w zazdrosnych płomieniach

 

wtedy będziemy ryć w kamieniu

póki i kamienia nam nie zabiorą

skazując nasz gatunek na wyginięcie

 

w odruchu litości

może spalą nas na stosie

albo powieszą do góry nogami

na ścianach, które wkrótce się zawalą

 

przeczytają nas następnym pokoleniom

jako symbol "starych, dobrych czasów"

kiedy jeszcze tylko my

byliśmy "be"

 

oni zawsze znajdą pretekst:

bo czytamy między wierszami

tworzymy dziurę ozonową

kochamy (?)

 

a my tylko wymachujemy słowami

nabijamy nimi broń

mierzymy do celu

i - czasami - pociągamy za spust

 

na tym polega nasza zbrodnia

 

 

 

***

nie chcę cię peszyć ale

kończy się nam niebo

już od kilku dni

 

do Boga za daleko

poza tym i tak mamy spory debet

 

więc nie musisz zrzucać z siebie

prześwitującej próżności

 

 

dawno temu zebrałaś chrust

i podłożyłaś ogień pod moje brwi

wtedy wszystko płonęło

a ty pomagałaś chłodnym spojrzeniem

i bieganiem po łące

 

czule wbijałaś wzrok w moją wyobraźnię

gdy jeszcze nie obrałem cię ze skórki

a pestki już się pojawiały

i miąższ dawno wybrany

z burzowych chmur

 

wtedy deszcz mnie ugasił

i w proch się obróciłem

choć daleko mi jeszcze do zbawienia

 

wkrótce ktoś przyjdzie

i upomni się o spłatę długu

 

z chemii między nami nawet Curie-Skłodowska nie wytworzy nieba

zapewne przyjmą cię jako zadośćuczynienie

a ja wkrótce zejdę po ciebie do pod-niebienia

 

jeśli ty jesteś moją Eurydyką

obrócę się jeszcze tysiąc razy

by upewnić się że cię stracę

 

 

***

 

mówią że poję cię ambrozją

łaskoczę różdżką z jedwabiu

zaklęcia maluję ustami

na twojej szyi

 

z słów lepię figurki

rozbijam o podłogę

jak porcelanę

żeby mieć rozrywkę

na kilka następnych nocy

 

żywię się atramentem

tatuaże robię w miękkich miejscach

podobno nawet pióra

mdleją w moich rękach

gdy czasem poddaję je torturom

i piszę dla ciebie wiersz

 

a przecież żaden ze mnie poeta

 

 

 

WIZYTÓWKA

 

cześć

mam na imię Wiersz

mieszkam w salonach

i lubię

kochać się z Krytyką

po sobotnich dyskotekach

 

jestem w branży od lat

wyśmiewam cię co dzień

zabieram cenny czas

gdy uczysz się mnie na pamięć

 

pracuję dorywczo

i jeżdżę kradzionym bmw

moje zdjęcie na pierwszych stronach gazet

na pewno już o mnie słyszałeś

 

zapisz mój numer

nagraj się na sekretarce

może znajdę czas na spotkanie

w przerwie między kartkami

 

i tak prędzej czy później

jeszcze o mnie przeczytasz

 

 

NIEZAPOMINAJKA

 

tamtej nocy

nie było żadnych bali

wszystkie kwiaty poszły spać

 

wyłączyły księżyc z prądu

pościel utkały z traw

pozornie zimną nocą

 

widywałam ich tu już od tygodnia

wpadliśmy sobie w oko

wtedy przygnietli mnie dłońmi

i ułożyli do trumny

 

łąka płakała po mnie rosą

wiosenne słońce nie lubi łez

 

a ja mokłam tuż obok

czując wiatr z ich oddechów

pożądaniem lekko mnie łaskotali

aż dreszcze przechodziły po łodydze

 

później drapali mnie po kwiatach

aż do nektaru

choć jego usta jakby dalsze od serca

 

dziś już usycham

w wazonie pełnym ich wspomnień

 

zapomnianych

 

 

NA SŁODKO

 

pozwól że zaprojektuję wspomnienia

naszkicuję plany na Twoim ciele

wejdę do ogrodu

szeptem

 

upieczemy się na grillu

doprawimy sałatkę

zaserwujemy siebie jako danie główne

jeszcze zostanie Nas na deser

 

zmyjemy naczynia w krzaku dzikiej róży

zerwiemy polne kwiaty do kąpieli

nektarem nasączymy wannę

by pluskać się swobodniej

 

wiatr uniesie Nas jak liście

które świeżo spadły z drzew

 

szorstka pościel

wolno wtuli Nam się w stopy

 

wyciśniemy z siebie sok

i rozcieńczymy z alkoholem

 

upijemy się nocą

-ja stawiam

 

 

***

 

pójdę

zatoczyć kolejny dzień

jak podłogę w kuchni

schowam okruchy jak zwykle

na szarą godzinę

 

pamiętasz

od zawsze ratowały Nas od głodu

gdy obiad już wystygł

a na kolację przypiekaliśmy Nasze ciała

jak ziemniaki w ognisku

 

pamiętam

Twoje usta raziły jak prąd

podłączałem się do nich

i choć lubię koncerty unplugged

Twoje napięcie ładowało mój akumulator

szybko i na długo

 

potajemnie

nie wyłączałem się aż do rozstania

by przedłużyć naszą sesję

 

po cichu

już odliczałem sekundy

by znów powiedzieć

 

pragnę

 

 

 

SMACZNEGO

 

lubię

gdy zawijasz mnie w pościel

jak kanapkę

 

i każesz sobie podać do łóżka

mnie na śniadanie

koniecznie z sokiem marchewkowym

 

delektujesz się

truskawkowymi wargami

chrupiącymi rzęsami

rześkim językiem

który czasem zostaje między zębami

 

na deser zostawiasz

co najlepsze

oddajesz nadgryziony talerz

i sztućce

 

i nigdy nie płacisz za rachunek

 

 

 

WILLA

 

kopię doły pod fundamenty

mozolnie sklejam cegły

projekt zwierza mi się co noc ze swoich problemów

 

piętra wznoszę co oddech

modeluję brak okien

opływowy kształt z pewnością ci się nie spodoba

 

dosadnie muruję wyjścia

farbami poświęcam budowlę

jeszcze czerwony dywan by pokaleczyć twe stopy

 

dekorację wnętrza

zostawiam twojej inwencji

możesz dowolnie bałaganić

swoim zestawem klocków

 

na koniec dobuduję wieżę

z której nie uratuje cię

rycerz z samolotu

ani terrorysta na rumaku

 

nie kupię ci satelity

nie podłączę Internetu

przecież i tak z włosów

zrobisz skakankę na suficie

 

umieranie nigdy nie było tak łatwe