Ewa Kaca

 

KIM BYŁA DLA MNIE KAROLINA?

 

Podczas spotkań KMT „Wena” zawsze mówiłam Jej, że moimi niedościgłymi mistrzami są m.in. Różewicz, Ewa Lipska czy Herbert. Dopiero po latach uświadomiłam sobie, że to właśnie Ona uczyła mnie stawiać odpowiednie słowa w wierszu, uczyła milczenia i kroków w świecie poetów.

Tak, to Karolina była moim mistrzem Słowa, w które głęboko wierzyła i tak bardzo broniła przed bylejakością.

Zawdzięczam Karolinie wiele – nie tylko wydanie dwóch pierwszych moich tomików, ale nade wszystko wiarę we własne możliwości, a także wieloletnią przyjaźń, której odcienie były różne, ale przecież były.

Wyjazd Karoliny do Opola nie przekreślił naszych kontaktów – często wisiałam nad słuchawką telefonu i czytałam Jej swój wiersz, czekając zawsze z niecierpliwością na to co o nim powie.

Dzień 8 września tego roku zastał mnie w domu, a wiadomość o śmierci Karo była jak grom z jasnego nieba. Liczyłam na jeszcze parę ładnych lat tej niezwykłej przyjaźni. Ale jak widać, nie takie były wyroki Najwyższego.

 

Wiersz dla Karoliny

 

była mi wszystkim

wodą tlenem lasem

grzybem jadalnym i trującym

po drzewem

była perliczką

dnia niezwykłego         

supełkiem na trąbie

słonia Trąbalskiego

zimą i wiatrem

choć najbardziej kochała czerwień

i chryzantemy

które pachną

wiecznością

 

 

 

 

Gabriela Byrka

O PEWNEJ PANI

                          (Pani Karolinie)

 

Można powiedzieć o niej inaczej

Popijając zimną herbatę i chrupiąc

zeschłe ciastko.

 

Pani się nie pogniewa

To taka myśl

i pierwsze wrażenie.

 

Chodzi na ruskie targi

kupuje starodawne suknie w kratę

nosi czerwone

korale po babci.

Czasami siada przed lustrem

i wspomina małą dziewczynkę.

 

A teraz siedzę przed nim ja

i widzę

staruszkę za sześćdziesiąt lat.

           

  

Tomasz Piasecki

 

WSPOMNIENIE O KAROLINIE TURKIEWICZ-SUCHANOWSKIEJ

Łatwo powiedzieć – zapamiętam. Tymczasem właśnie pamięci boję się dziś najbardziej, wspominanie – to jakby kalekie wskrzeszanie kolorów, dźwięków, zapachów. A świadomość tego, że gra świateł i myśli może trwać tylko chwilę, że zatrzyma ją wyciągnięcie ręki, aby choć jednym palcem dotknąć rękawa jej swetra tylko pogłębia świadomość przeszłości.

Pierwsze spotkanie miało chyba najgęściejszą atmosferę, choć i najwięcej było przy nim śmiechu. Mówi się, że od Karoliny bije – biła – niezwykła siła życia. To właśnie był ten ogień, którym potrafiła rozpalać wyobraźnię skupionych wokół kilku starych stolików, wyobraźnię i serca, bo przecież uczyła nas, że Słowa – do którego potrafiła czuć niezwykłą, jej tylko właściwą mieszanką pogardy i miłości – nie należy tylko rozumieć, przede wszystkim trzeba je kochać. I mam nadzieję, że je kochała, wiersze, które nieśmiało, potem coraz odważniej trafiały przed jej oczy. Wciąż potrafię powiedzieć, kto gdzie siedział, jak – niemal instynktownie – gromadziliśmy się wokół niej. Ona – Królowa Matka siadała zawsze u szczytu stołu, otoczona z jednej strony Ewą Kacą, z drugiej, zależnie od piątku, Gabrysią Byrką lub Agnieszką Tabak.

Najwyższa instancja w sądzie nad wierszem, to właśnie ode mnie słyszała, „Pani Karolino kochana, najwyższa instancjo”. Moje miejsce przypadało z reguły na przeciwległym końcu, trochę z boku, niewielu miało śmiałość siadać vis – a – vis niej. Mówiliśmy zawsze jedno przez drugie, byle prędzej, byle szczerzej, czytaliśmy, komentowaliśmy, przerzucaliśmy się żartobliwymi złośliwostkami. Zawsze jednak wiadome było, że ostatnie słowo należy do niej, prędzej czy później każda linijka zostanie przez nią oceniona, opisana, opatrzona słowem pochwały, krytyki, propozycją przemyślenia, sprawdzenia. O dziwo, nie pamiętam, by czytała nam własne wiersze, zaledwie kilka momentów potrafię przywołać, dzień, w którym przyjechała do nas z „Aniołami, żywiołami, kometami” z dalekiego, zbyt dalekiego Opola, kiedy przyszła do nas Dorota Mamzer i zdradziła się, że do „Prośby” ułożyła muzykę... Wolała czytać nas, nami się karmić, a w zamian dawać nam własne doświadczenie, smak i wyczucie literackie.

Często wenowskie rozmowy toczyły się jakby obok siebie, pogrążeni w dyskusjach parami, trójkami, czasami, jeżeli „obrodziło w poetów” w większych jeszcze grupach. Wtedy nad kakofonię pewnych siebie głosów unosił się okrzyk „Kochani, kochani moi!”. Cichliśmy, czekając, co od niej usłyszymy, co nam przynosi z „dalekiego świata poza miasteczkiem N.”: nowy tomik nieznanej nam poetki, którą spotkała na wieczorze autorskim, wspomnienie o kimś, kogo spotkała wiele lat temu, a które nasunęło się jej pod wpływem czyichś słów zapisanych lub wypowiedzianych nad ramieniem, zaproszenie na zlot literatów. Przez chwilę obracaliśmy w sobie te wszystkie rewelacje, a potem – znów zaczynaliśmy mówić, śmiać się, kłócić...

Szczególnie utkwiły mi w pamięci te chwile, kiedy była radosna. Wzmianka o „Dzikich brzoskwiniach” i jej gorączkowe „natychmiast, natychmiast, ktokolwiek będzie to mieć!”, skończenie projektu „Skrawka przestrzeni”, ba, prace nad nim, kiedy głowiliśmy się nad tytułem i jej proste „W słońce”, plany spotkań „w terenie”... miałem wrażenie, że gdyby chciała, przyspieszyłaby wtedy wiosnę o kilka tygodni. Bo tak właśnie zapadła mi w pamięć – w ciężkim, czarnym futrze, z kapeluszem i nieodmiennie różową szminką, pachnąca tytoniem i perfumami, których nigdy nie mogłem rozpoznać. Papierosy – jak prawdziwa dama, którą najpewniej była, koperty zawsze adresowałem „Hrabina Karolina Suchanowska z Turkiewiczów” – wyciągała z papierośnicy. Oj, nie raz i nie dwa dogryzaliśmy sobie na temat jej palenia, aż w końcu, przy dziesięcioleciu istnienia klubu uścisnęła mi ukradkiem rękę i wyszeptała „Wiesz, że już dwa miesiące, jak nie palę?”. Wtedy zrozumiałem, że więź nie jest jednostronna, że pamiętała, jak denerwował mnie papieros w jej ustach, choćby najbardziej elegancki.

Zapał, który w sobie nosiła, niegasnące, niezaspokojone niczym pragnienie życia absolutnego, smakowania otaczającego ją świata wszystkimi ludzkimi i nie-ludzkimi zmysłami (gdyby tylko je znała, choć nie dam głowy, czy nie chowała przed nami jakieś doskonalszej, mistycznej metody poznawania rzeczywistości i tego, co jeszcze poza nią) wręcz uderzały. Każdy, kto z nią rozmawiał, zarażał się jej siłą, choć drobna, mogłaby unieść siłą woli nas wszystkich. Widać to było wyraźnie wiosną, kiedy już w końcu nadeszła, na namysłowskim przystanku, pod czeremchą. Upajała się jej zapachem, aż w końcu – pełna niego – rozrosła się niczym Atlas, by wziąć na siebie ciężar świata, mimo zmęczenia – wróciła właśnie z dalekiego, dalekiego Opola, by jeszcze kilka dni pobyć w domu. Bo mam nadzieję, że mimo wyprowadzki tutaj właśnie był jej dom. Kochała Namysłów, tę miłość zaklęła w słowa i splotła w wieńcu, który potem włożyła – wzorem biblijnej Oblubienicy – na głowę. Wtedy, obsypana płatkami czeremchy, wydała mi się być Starką, najmądrzejszą z kobiecych bogiń, choć mogę przysiąc, że nie miała wtedy więcej niż dwadzieścia, dwadzieścia dwa lata, czarodziejka słów na pewno potrafiła przecież zakląć siebie w młodziutką dziewczynę.

Pamiętam też Karolinę latem – kiedy dorosła we mnie odwaga do odwiedzenia jej w domu. Och, jakie wrażenie zrobiło na mnie jej mieszkanie! Ludzie upodabniają się do miejsc, w których żyją, prawda, lecz akurat w jej wypadku to ona upodabniała do siebie otoczenie. Ktoś powiedział - „pierwszy salon literacki Namysłowa”. Owszem, salon, maleńki, lecz tak żywy, tak przepełniony duchem wiedzy, miłości do świata, cyniczną obserwacją, przekorą i wiecznie młodym humorem... Rozmawialiśmy wtedy o sprawach, które, tak ważne tego dnia, później nie okazały się być równie istotne, ponieważ pamiętam tylko nierozwiązaną do dziś kwestię losu bohaterki pewnego opowiadania i zachwyt nad Eloe, która wraz Ellenai przewija się przez całe jej życie, znacząc wiersze kolorami, świat zaś – bólem. Jesienna Karolina to Karolina po stracie męża, płacząca jedynie w duszy. Nie zdradziła się bowiem słowem o swoim cierpieniu. Najbardziej przypominała wtedy Eloe właśnie, smutnego anioła, który kochał zbyt mocno.

A potem przyszło Opole, do dziś dla mnie synonim Sybiru. Zostały tylko rzadkie telefony – z okazji świąt – i jeszcze rzadsze listy. Aż w końcu wysłany został list, który nie zdążył dotrzeć do adresatki, hrabiny Karoliny z Turkiewiczów. Została tylko dedykacja w ostatnim tomiku – „z przyjaźnią”. I prośba, powtarzana tysiące zapewne razy – „naucz mnie chodzić po wodzie”. Chciałoby się prosić innymi słowami, wyjmując je z jej ust: „pomnóż jej siły przez wieczność chociażby jednego żywota”. Ksiądz Twardowski, o którym często nam mówiła, napisał „Śpieszmy się kochać ludzi”. Teraz najlepszymi słowami są pewnie wersy Anny Kamieńskiej: „Tak się spieszyłam i nie zdążyłam kochać”. Nie zdążyłem. Mogę tylko żałować, że nie udało mi się wynieść więcej z jej uwag, że tak mało zostało w mojej pamięci. Najwyraźniej chyba pamiętam uwagi, które przekazywała każdemu, kto stał na początku literackiej drogi: „kochajcie, marzcie, żyjcie, nie bójcie się słów!”. Uczyła nas obracać słowa– kamienie, słowa-gwiazdy w szereg znaków, z których każdy miał dla nas smak dzikiej radości lub najgłębszego snu. A jednak – za mało tego, za krótko. Najbardziej zazdroszczę jej niezwykłej umiejętności reinterpretacji opowieści, mitów, tego, co w człowieku najprostsze, najczystsze. Za tym najgłośniej mogę zawołać „Caroline! Encore!”. Mam nadzieję, że rozmawia z Ellenai, opowiadając jej, jak pięknie trzema kolorami malował ją Malczewski i jak z tych barw udało jej się złożyć wiersz, niczym pszczele skrzydło z kawałków wiatru. I z Rachelą, młodopolską muzą, której przyszło się w Niej odrodzić.

 

 

       

 

Odeszła od nas Karolina Turkiewicz-Suchanowska - Koleżanka,

Przyjaciółka, Powierniczka… Poetka związana przez dziesięciolecia z Namysłowem

 

Oto Karolina w Namysłowskim Ośrodku Kultury – z uwagą wysłuchująca młodych ludzi recytujących wiersze, patronująca założonemu przez siebie teatrowi słowa „Puls”, przygotowująca kolejny spektakl…

Karolina w redakcji Gazety Ziemi Namysłowskiej – czytająca w skupieniu teksty przygotowane do druku, korygująca wszelkiego rodzaju błędy, zabiegająca o jasność myśli wyrażanych przez piszących…

Karolina organizująca spotkania literackie – dbająca nie tylko o to, aby mieszkańcy Namysłowa mieli kontakt z żywym Słowem, ale także z opolskimi poetami i pisarzami…

Karolina na spotkaniach Weny – założonym przez siebie namysłowskim Klubem Młodych Twórców – uważnie wysłuchująca wierszy młodych ludzi, podpowiadająca, matkująca, ciesząca się z sukcesów swoich dzieci (bo tak nazywała swoich podopiecznych). A że skuteczne były to rady, świadczy mnogość sukcesów odnoszona przez członków Klubu na literackich konkursach, spora ilość almanachów i tomików indywidualnych. Karolina Opiekowała się Weną ponad 8 lat…

I wreszcie Karolina czytająca swoje wiersze…

Taką ją zapamiętamy

 

Żegnam Cię Karolino Twoim wierszem „Ośmielam się”:

 

To nieprawda że jesteśmy

najzwyczajniej śmiertelni

to tylko ból kształtuje myśli

O zamianie na proch

Nie - nie umrzemy całkiem:

ziemia się spulchni

I bardziej sczernieje
pozostanie tylko

zbyt wielkie oddalenie

KaJ