Mirosław Kurowski

WIERSZE ZEWSZĄD

 

 

***

Mam staromodny ogród
Pełen kwiatów kwitnących
Od końca każdej zimy
Do jej początków
Tak bardzo kolorowych
I tak zniewalająco pachnących
Prawie jak moje wnętrze

Mam staromodny ogród
Pełen krzewów kwitnących
o owocach jadalnych
Oraz liściach ozdobnych
Są barwne smaczne i cieszące
Jak szerokość wielkości
Słów Fyrfla Gulgewanca

Mam staromodny ogród
Wypełniony starymi gatunkami
Śliw jabłoni Grusz
Są soczyste i słodkie
Jak ciasta Cioci Zosi
I ożywiają i są rozmowne
Jak Bimber i Nalewki Wuja Stacha

Mam staromodny ogród
Który
zawsze możesz podziwiać
Który cieszy Twoje zmysły
Od świtu po ostatnią noc
Nie odgradzam go nowomodnie
Wysokim żywopłotem z tui i cyprysów
Cieszę się gdy przychodzisz
Głośno wyrażasz swój zachwyt
Bogactwem piękna kwiatów od frontu

Mam staromodny ogród
Z którego dumny jestem
Kiedy przychodzisz i mówisz mi
Dla wiosen twojego ogrodu
Warto dźwigać życia krzyż
Dla barw i smaków twojego ogrodu
Warto na tej ziemi być

I wiesz... dzięki tobie Namysłów ma sens



Wszystkim, którzy nie wierzą, że mogę nie przeklinać.

 

MÓJ ŚWIAT TO EUFORIA

 

Mój świat to euforia

Na drugim biegunie mieszkają lęki

Prawa strona mnie to schematy

Lewą stroną burzę je i niszczę

Tę niechcianą bolesną prawość

 

Podstawę mojego świata stanowi D

Jego nośną ścianą jest też M

Widok na świat stanowi przyjaźń z T

Spowija go mgła czyli ostre

Przeszywające szyderstwo

 

W moim odważnym świecie przyjaźnię się z S

Obok mnie (ale żre mnie i kąsa)

Inny świat w którym to niemożliwe

Który mnie przekreśla i izoluje

 

W mym odważnym samotnym świecie

Wiele przyjaciółek i drwiny za to

Co we mnie wulgarne i potępienie im

Za zazdrości i potwarz w plecy

 

Godzę te wszystkie światy czasami

W końcu roztrzaskując się jak karawela

O rafy ludzkiego bezczłowiecza uświęconego

I muszę włożyć duszę w ocean ognia konwenansów

 

I z trzaskiem i z sykiem spalam się

Jeszcze jednak raz jak Feniks...

Ile to już lat ile popiołów

   Popioły jednak użyźniają Feniksy

 

 

***

Nie mieszczę się w katalogach życia

Nie ma mnie w kazaniach z księżych prawd

Jestem cały z lęku i kilogramów tycia

I z tych w większości przegranych lat

 

Ale marzy mi się wciąż szkockich spódnic krata,

Chciałbym w czerwonych gumiakach iść na wiedeński bal

Z dumną kobziarką, posuniętą wprawdzie w latach,

Ale by Jasza Hajfec walca Straussa nam grał

 

Mdłoustym bankierom ciągle mówię pewne: NIE

Nie ma mnie na uniwersytetach i trzecim filarze

Nie uczestniczę w politycznej i klerykalnej grze

Ale z sercem na dłoni znajdziesz mnie w lunaparze

 

Bo tam chodzą dumni rudo brodaci kobziarze

Ubrani w dumne szkockie spódnice w kraty

Tak sobie piszę, fyrflam, bujam na sirocco - marzę

Pchając ku czemu, ku komu swój garbaty los

 

Gdy w radosne niebo spojrzę i gwiazd poezji dotknę

Zaraz wyrżnę codzienne moje i twoje życie brutalne

Na prostych codziennych sprawach się skulę i potknę

bo są gorzkim lękiem, choć są śmieszne i banalne

 

Więc czyliż nie prościej mi marzyć o edynburskich kratach

Zaklętych w szkockich mężczyzn, co są jak dęby spódnicach

Być może wymarzę, chociaż z prowizją i  w ratach,

Buszowanie w niekoniecznie szkockich jędrnych kobziarek cycach

 

 

***

 

Ten wiersz jest o prawdziwej prawdzie

Której na imię gaz hel

Której na imię woda mgła

O zdradzie o świcie

O zdrajcach

O ich zdradzieckim niedźwiadku

Ten wiersz musiał powstać

Jest oczywistą oczywistością

Jest ostry jak szpic z kokpitu

Sprzedany psinie Alik

Jest jednym wielkim zaprzaństwem

I zakamuflowanym pytaniem

Kto nie podał mu psychotropów

Jest już pytaniem

O katedry pełne nienawiści

W nich opętane tłumy

Wykształconych doktorów ciemnogrodu

Na szczęście z drugiej strony

Tylko kpina, śmiech i politowanie

Za tysiąc lat i tysiąc marszów

Ile będzie dopisanych strof

 

Oby tylko drwin i sarkazmu

 

WIDAWA

 

W pobojowiskach miłości

Porzucone z namiętności

Z nadmiaru alkoholu

W odlocie z konopi indyjskiej

Do Matki Bożej czystości dziewic

Proszą o modlitwę

W podzięce

Że miejscem ich wiecznego spoczynku

Są Twoje urokliwe brzegi

 

Twój spokojny nurt

Nie czochra juz bobra

Skrzywione sumienia homo sapiens

Ich nieznośny odór dulszczyzny

Wygnał je w poszukiwaniu

Czystości i spokoju

Hen aż na rozlewiska

Gdzie Przystanek Woodstock

 

Jest jeszcze Zalew Michalicki

Syn Twój i Mesjasz

Gdzie kaczory kończą jak powinny

Bez najmniejszego obrazy słowa

W podziwianej

Z sarmackim wąsem

Paszczy pana Suma

Któremu imprimatur

Królowania dałaś

 

 

 

***

 

Gospodarka prezydencie gospodarka

Nauka prezydencie nauka

Postęp prezydencie postęp

Edukacja prezydencie edukacja

Języki prezydencie języki

Nakłady prezydencie nakłady

Kultura prezydencie kultura

Socjal prezydencie socjal

Otwartość prezydencie otwartość

Antykoncepcja prezydencie antykoncepcja

Zdrowie prezydencie zdrowie

Europa prezydencie Europa

Prawo prezydencie prawo

Uczciwość prezydencie uczciwość

Luz prezydencie luz

Dystans prezydencie dystans

Ordnung prezydencie porządek

Szczerość prezydencie szczerość

Technologie prezydencie Technologie

Kreatywność prezydencie kreatywność

Mądrość prezydencie mądrość

Niepoprawność prezydencie niepoprawność

Konsekwencja prezydencie konsekwencja

Człowiek prezydencie człowiek

 

 

 

MÓJ MANIFEST W NICH

 

Wolność nie podpisze ACTA
Wolność nie przyjmuje poleceń z ambasady USA
Wolność nie zapłaci za cd Adele 62 PLN
Wolność nie zapłaci za cd Genka 42 PLN
Wolność kocha Genka ale nie podda się dyktatowi
Wolność nie je śniadania w Mc Donaldzie
Wolność nie obiaduje w KFC
Wolność nie je kolacji w PIZZA HUT
Wolność je pizze w restauracji Brzeska w Brzegu
Wolność nie ugasi pragnienia coca colą
Wolność nie użyje do odrdzewiania pepsi coli
Wolność nie opryska rundupem
Wolność wie że tam biją murzynów
Wolność wie że teraz Iran
Wolność wie że Ibn Laden wyrósł z bezsilności wobec Mc Świata
Wolność nie ogląda Bonda, Spidermana, Batmana, Supermana
Wolność wie, że to dla czternastolatka który nigdy nie widział szkoły
Wolność cytuje tu reżysera co kręci KINO
Wolność to nie obóz koncentracyjny w Guantanamo
Wolność wie że przetrzymują dwa lata bez sądu
Informatora Wiki Leaks
Wolność nie wierzy w Walentynki
Wolność nie wierzy w halloween
Wolność nie da pobrać sobie odcisku kciuka
Wolność wie że stonka to też oni
Wolność to nie 2 miliardy złotych topione w Afganistanie
Wolność widziała jak bez tych pieniędzy chora na SM umierała w męczarniach
Wolność widzi szastanie bogiem wedle eksterminacji Muzułmanów
Wolność to nie USA i Polska

 

 

CZASY SIĘ ZMIENIAJĄ

 

Czasy się zmieniają

Ludzie się zmieniają

Dogmaty same się śmieją

Ze swych kamiennych treści

Posunięci w leciech

Bezzębni już prorocy i mesjasze

Swe święte księgi i przykazania

Fundamentalne prawdy

Traktują jako błędy buńczucznej młodości

 

Gorzko się śmieją

Gorzko przełykają ślinę

W końcu nerwowo mrużą powieki

Patrząc na plony muliste

Z ziaren które przecież

Z taką wiarą i żarliwością siali

Przed tysiącami laty

Smutni i pokonani odchodzą

W mleczne drogi wszechświata

 

I broń Boże nie przejdzie im przez myśl

By cokolwiek jakiejkolwiek istocie

Głosić uczyć nakazywać

Chcą spokojnie gdzieś osiąść

Kontemplować ciszę Wielkiego Wybuchu

 

 

 

***

 

Siedząc w samotności i próżności myślę

Maj to miesiąc wybujałej jurności

Dziur w drogach nie ubywa

Ale przy nich mołdawskich miniówek przybywa

Europa daleko przybywa mi lat

One ostoją spokoju i tolka piatdiesiat

Stoją jak morskie latarnie

Z nimi jak ze św. Krzysztofem raźniej i gwarniej

Wysoko nad kolana uniesiona kieca

Niczym nawigacja cel podróży oświeca

Stoją dumne spiżowe jak pisał Horacy

Nie klękają - jeśli już to w pracy

Ciała ich jak brudne popielniczki

A może bardziej jak przydrożne kapliczki

Pozbawiają sumienia i nasienia

Jak TV porno dają prawie uniesienia

Rzekły mi na to nadwiślańskie córy

Bogowie niech dają Mołdawian końskiej postury

 

 

 

 

 

***

 

Myśleli cicha i piękna jak wiosna
Nie rozumieli gdy pomoc niosła
Pogodna pełna energii, uśmiechu
Słyszała ostre tępotą języki zza pleców

Wieś tak zwana spokojna polska
Wierna kościołowi wszechpolska
W tym kraju raju znalazła się ona
I jej wiara niczym nie zmącona

Kolejna wiosna, kolejne szczęście
Zauroczenie miłość w końcu zamęście
Noce i dni w rozkoszy i namiętności
I znowu wiosna - i owoc miłości

Chłopczyk błękitnooki - lecz lekarz powiedział
że chory i nic nigdy nie będzie wiedział…
Załkała zęby w wargi wbiła
lecz mocno synka przytuliła

Klasyczna „miłość" klasyczne słowa
Oddaj do przytułku syknęła teściowa
Przemilczała tuliła i bardzo kochała
Rosła miłością choć w nocy nie spała

Na chór - bo tam w kościółku grała -
Swym głosem niedzielę rozanielała
A suszki różańcowe, że tak się nie godzi
To coś na pewno szatan zrodził

Ochrzcić przyszła w niedzielę dziecinę
Proboszcz miał zatroskaną minę
Sakramentu nie uczynię nie umiem
On w nim się nie przyjmie, on tego daru nie zrozumie

Córko gdyby Bóg tak chciał
To by mu na miejscu wszystko dał
Jam jest głos Boga
Niech nie kala kościelnego proga

Dziś to szczęśliwa żona-matka
Dla wolnego świata wielka gratka
I na szczęście już żadnej niedzieli
W progach ciemnego grodu jej nie widzieli

 

 

 

 

***

 

Najsłodsze rzeczy niesiemy Wam
Pragniemy również najsłodszych prawd
Naszym dzieciom przecieramy szlak
Silni jak Dilajla i Penelopa
Zwierzęcych pełni w siedem sił
Rwiemy po dywanach kwiatów i autostrad
To my niesiemy entuzjazm
To my niesiemy optymizmu wiatr
By nasze dzieci piły wolności nektar
I by nigdy już dzieci wojny
Stąd nasza siedmiosiła
I żadnych spojrzeń wstecz
Nie potrzebujemy waszych ramion
Ciepłych lecz nieszczerych słów
Sami uczynimy się rodziną
Bez waszych błogosławieństw
Bo my czarujemy
Na jawę przenosimy wielki sen
Bez kłamstw i bezeceństw
Zbudujemy nowy europejski dom
Spełnienie dawno zgnębionych marzeń
Wskrzesiliśmy je z kolan pogardy
I to my idziemy wprzód
Wczoraj niczym
Dziś (no, jutro) świtem my.

 

 

***

 

Oto anioł zszedł do mnie i rzekł

Synu dobra księga mówi:

Nikt nie wie dokąd pędzi króliczek.

Króliczek nie jest pewny

że za każdym razem gdy lis się pojawi

Schroni się w cieniu żubra

Zawsze jest tak że lis dogoni króliczka

Oby wtedy królik nie pomyślał

A mogłem mieć lisicę

Dlatego Carpe diem synu, Carpe diem

A co do popiołu

rzekł błękitnoskrzydły

i tak się weń obrócisz

Innej drogi nie ma

A gdyby było jakimś cudem inaczej!

No to wtedy wiesz

wspólnie napiszemy nową dobrą księgę

Z tantiem będziemy żyć do końca

I jeden dzień dłużej

Potem toast wzniósł za wieczność

Rano na stoliku stały

Dwa kieliszki szampańskie

i pióro błękitne

 

 

 

***

 

pielgrzymki cudowne po sanktuariach
spotkania akcje katolickie
co
wieczór i co rano seks
Ksawery Knotz za życia błogosławionym
umierasz spełniona i w ekstazie
swe liczne dzieła
i majątek
zapisujesz Kurii Biskupiej
I nie martwisz się
bo dzieci dostały plastry
świetlisty ich szlak
tylko płacz posła Gowina
i lament ministra Piechy
że kościół sprzeniewierzył się
fundamentalnym prawom Boga
bo przecież
być szczęśliwym katolikiem
to takie nieludzkie

i to jest mój ostatni głos
w sprawie in vitro

 

 

TU I ÓWDZIE BEZECNIE – ZA TO DO RYMU

 

Cóż, że w Hollywood króluje rozmiar trzydzieści i sześć

jeśli z punktu widzenia Casanovy tam nie ma co jeść

W Polszcze czy Rasyi średnio czterdzieści i dwa

No to ci cudności - multizmysłowa gra

 

Wot swołocz! - amierykanskie niewiasty

Szukają pocieszenia w ramionach pedierasty

A za oceanem man prawdziwy i choć ubogi,

To w atrybuty męskości wielce chędogi

 

Jest jednak coś co słowianinowi nie pasuje

Co słowianom męskości czasami ujmuje

Boże zdiełaj z łaski swej jupla

Wyślij amerykankom (wiadomego) kurdupla

 

No i przeciwniczce poetyckiej Weny

Panie Ty pozwól zejść ze sceny

Amerykanom wyślij kurduplastą kwadrygę

Kurdupla i Saakaszwilego, no i nas Fa(o)tygę

 

 

 

***

 

Plastry na tytoń
Plastry na ciąże
Plastry z morfiną
Czy wymyślą plastry
Na dwadzieścia lat
Zgodnego pożycia w związku

Ksiądz miast obrączek
Podaje im plastry
A w nich wszystko -
Katolicki uniwersytet
Pięcioro zdrowych dzieci
Katolicka spółdzielnia mieszkaniowa
I domek z widokiem

Na kopułę Lichenia

 

 

 

WIERSZ DO M.

(popielcowy)

 

Stanęłaś w obronie dzieci

Stanęłaś w obronie siebie

Ukochałaś siebie bo kochałaś dzieci

 

Pokonałaś własny strach

Bo wiesz, że życia sens to nie ból

Bo wiesz, że Bogu nie chodzi o ciągły lęk

Bo chcesz by ich życie miało sens

Bo chcesz dla nich ciepło, radość i wdzięk

i godność

Bo dla siebie chcesz miłości

 

Powiedzą ci że pracowałaś (to nic)

Więc on samotny był

Powiedzą ci że źle usługiwałaś (to nic)

Więc cię mocno bił

Powiedzą ci że źle gotowałaś (nic to)

Więc miał prawo pić

Oj niejedno powiedzą

Tak ich zniszczono i inaczej już nie myślą

Oni nie posypią dziś głowy popiołem

Przecież to oni wiedzą najlepiej

 

Wyrzucą Cię z konfesjonału

Odprowadzą wzrokiem na ulicy

Pokażą palcem co pali jak stos

I wyrwą najświętszy sakrament z ust

Taką miłość im dali

więc nic innego nie umieją tobie dać

 

Więc w twoim imieniu mówię ja

Siedmiu grzechów kościoła kat

Pójdźmy razem we wzburzony nurt

i wpław

Strąćmy zakłamania i wredoty święty stan

Na tej ziemi trzeba nowej teologii

Wyzwolenia - choćby tylko o żeńskość zatartą chodziło

Spalmy traktaty, katechizmy i dogmaty z kamienia

I jak feniks z popiołów

Wznieśmy nie kościół powszechny a Chrystusowy

Podaj dłoń Wolności i Miłości

I chodź

 

Niech myślą - niech nimi wstrząśnie

Czterdzieści razy w czterdzieści dni

 

 

 

***

 

Pedagog zwiastował pannie Amandzie
(I wcale wtedy nie szedł po bandzie!),
że jak nie uspokoi chutnej łechtaczki
To pocznie szybko, co sprawią chłopaczki.

A panna Amanda miała czwórkę cyca,
Lat
szesnaście, od czterech zupełnie niedziewica.
Super pewna swych orgii była,
Bo
każdy bzyczek w ustach kończyła.

Aż pewien ksiądz, który lekcje religii prowadził,
Na
pannie Amandzie swe oko osadził -
Od tej pory Amanda na plebanii carowała
I jak Kasia Wielka miłość chrześcijańską smakowała.

 

 

 

 

***

 

Dała mi pocałować się w czółko

To było jak słodycz Raffaello od Ferrero

Pozwoliła mi pocałować się w usta

To było jak miód Rocher od Ferrero

 

Nakazała mi całować się w piersi

To było jak cud smaku Rondnoir od Ferrero

Prosiła bym całował ją w pępek

To jak ambrozja Garden od Ferrero

 

Chciwie kładła moje wargi na swych udach

To wspaniałości były niczym Rocket Coffe od Ferrero

Wreszcie zaczerpnąłem soków z jej źródła

Ależ to jak niebiańskość Mon Cheri od Ferrero

 

A ja

Cóż miałem jej dać

Nie miałem prawie nic

więc dałem jej loda

 

 

 

***

 

Idę zadumany głęboko, cmentarną aleją

Mijam je, co tak strzeliście brązowieją

Ale to nie błyszczące w słońcu kokosowe łupy

Lecz dumne i opasłe, radosne psie kupy

 

Puchu marny - śniegu, białości twej równina

Przykryła niecnie psińco, co misternie wydaliła moja psina,

Nie wstyd ci; ileż mój pupil w ten akt wysiłku włożył!

Tańczył trzy koła, kangura wypiął, nim relikwie złożył

 

Pronto, Tipi, Puka i Faj - nóżkę w bok lub kucają

Terytorium dumnie pod drzewkiem zaznaczając

Piesek przechodnia tym widokiem rubasznym rozczula

Gdy tarantelę tańcząc na klombie pod różę sra

 

Dwa dni nie padało, my i nasze pieski górą

Znowu rude i brązowe lepiszcza do butów się tulą

Jakież to piękne i ekologiczne, że nasze pupile

Użyźniają ekonawozem trawniki co chwilę

 

I z dumą go wyprowadzam, i mam słuszną odwagę

Gdy wkładam w to brązowe biało-czerwoną flagę

Wiem, że to takie nasze, naszością narodowe

Dzieło genialne, w Europę polskość nieść gotowe!