NAJPIĘKNIEJSZA JEST BEZ KAGAŃCA

 

Od pewnego (długiego) czasu, w mediach różnego kalibru i autoramentu toczą się dyskusje dzielące twórczość wszelaką na dwa zasadnicze nurty: sacrum i profanum. Pisałem już o tym, ale wygląda na to, że dla niektórych osób (zwłaszcza tych zamykających się prawem kaduka w kręgach tzw. sacrum) temat jest wciąż nieznany, że nie wspomnę o przypisanych mu treściach. Sięgnę zatem raz jeszcze do artykułu „O potrzebie poezji naiwnej” Macieja Krzyżana, bowiem rzecz całą pięknie wyjaśnia:

 

„Teza jest następująca: trzeba koniecznie uwolnić poezję z zaklętego kręgu, w którym jej czytelnikami są jedynie poeci, a i tak nie wszyscy, są bowiem tacy, czytający wyłącznie siebie, oraz krytycy, tworzący wokół pewnych nazwisk swoisty dwór, nieprzystępny całkowicie dla innych. Cytując pewnego poetę – trzeba dokonać jak największego zamachu na ów stan rzeczy i powrócić do romantycznie rozumianej roli poezji - poezji, która zstępuje pod strzechy. To bardzo idealistyczny postulat, zważywszy na niechęć współczesnych do słowa pisanego. Warto jednak zaryzykować, bo gra idzie o dużą stawkę.

Po pierwsze zatem trzeba zasypać mit poety natchnionego i niedostępnego, dryfującego gdzieś ponad codziennością i ludzkością, która go nie rozumie, bo zbyt prostacka i przyziemna, goniąca za tym, co zmysłowe. To może być prawda, ale poeta nie powinien wynosić się ponad, wręcz odwrotnie - jego rolą jest zstępować jak najniżej, do tak pogardzanych pokładów powszedniości.

Po drugie: warto odrzucić mit poezji jako zajęcia dla wybranych, hermetycznego i niezrozumiałego w swym przesłaniu. Trzeba na nowo przemyśleć Miłoszowy postulat „poezji zrozumiałej”, bliskiej wielkiej ludzkiej rodzinie. Oczywiście nie stanie się tak, że nagle z dnia na dzień rzesze „zwykłych zjadaczy chleba” rzucą się do czytania, można jednak, a nawet należy, mozolnie i wytrwale próbować je „w anioły przerobić”.

O co mi tak naprawdę chodzi? O idealizm, niemodny i obśmiewany.

Współczesnego człowieka cechuje nade wszystko brak poczucia więzi, wykorzenienie, które próbuje załatać, pławiąc się od czasu do czasu, a bywa że często, w wątpliwej jakości produktach tzw. kultury masowej, odzierającej go z wrodzonej wrażliwości i szczerego współodczuwania. Dzieje się tak, bo brak alternatywy, a odległość między kulturą niską, a wysoką, cokolwiek te terminy znaczą, jest zbyt wielka. Człowiekowi brak przestrzeni, na której prawdziwie, nie zaś powierzchownie, poczułby, iż znajduje się we wspólnocie – wspólnocie myśli i uczuć, wspólnocie braterskiej.

Poeta, jak nikt inny, powinien wsłuchiwać się głos Drugiego, oczekującego daru i jasnego, czytelnego przesłania, budzącego uśpione pokłady wrażliwości i naturalnego Dobra. Wypada uciekać przed tak dziś wszechpotężnym relatywizmem, więc mowa nasza niechaj będzie odtąd „tak – tak, nie – nie, bez światłocienia”.

Moje doświadczenie jako autora poezji naiwnej, bo adresowanej do zwykłego człowieka i pragnącej sprostać owym postulatom wierności zarzuconym dziś wartościom, podpowiada mi, że warto iść tą drogą. Największą zaś nagrodą i potwierdzeniem słuszności dokonanego wyboru, niechaj będą słowa przygodnego Czytelnika, nie obcującego na co dzień z literaturą – „Te wiersze poruszają coś uśpionego dotąd w moim sercu, nie pozwalają przejść obojętnie”.

O ileż to cenniejsze od wpisywania w taki czy inny kontekst krytyczny, zamykania w jakiejś uporządkowanej już dawno lub właśnie porządkowanej szufladzie.

Wiem, że narażam się na zarzut nieskromności – owszem powyższe brzmi nieskromnie, pozostaję jednak minimalistą i dla jednego choćby takiego Czytelnika zamierzam wytrwać, wbrew drwinie, na obranej drodze, czego i Wam Bracia Poeci życzę.

Maciej Krzyżan 

(Poeta, recenzent, animator kultury, archiwista w Archiwum Programowym TVP w Poznaniu)

 

Kultura, jak świat światem, zawsze najlepiej smakuje, kiedy jest spontaniczna, kiedy nie ma kagańca, kiedy rodzi się z pasji i wewnętrznej potrzeby ludzi otwartych, twórczych i pomysłowych, których nie ogranicza nawet własna wyobraźnia. I tutaj często rodzi się pytanie: Co jest kulturą, a co nią nie jest? - czy aby w dyskusjach nie zawężamy pojęcia... Zwłaszcza kiedy po hejterowsku walczymy „o lepsze” przy pomocy kpin z tego, co przecież nie jest złe. To są pewnie przyczyny w sporej mierze zniechęcające do dyskusji i ostatecznie wszelkie wywody trafiają w tzw. puste ramy.

Niedawno pewien mój znajomy napisał: „Rzecz w tym, aby kulturę nie tylko konsumować, ale żeby się pokłócić o nią, porozmawiać.” Porozmawiać tak. Z kłótnią to już nam kiepsko wychodzi – zacietrzewiamy się, obrażamy się i obrażamy innych, czasami nawet dostajemy białej gorączki. Wiem co piszę, byłem świadkiem setek takich „rozmów”. Często w trakcie takiej dyskusji pojawiają się elementy roszczeniowo-wytyczne (chcę tego, ma być tamto, wy mi to zróbcie, czekam na lepszego od tego co jest animatora), no i wtedy rwą się nici przyjaźni i sympatii. Bywa, że rwą się na całe lata.

Inny mój znajomy stwierdził: „Z satysfakcją obserwuję jak to w kulturze fizycznej ludzie wzięli sprawy w swoje ręce. W tej wysokiej, już sami nie dadzą rady. To w końcu zadanie gminy: propagowanie kultury, edukacja, a dalej promocja, rozwój itd. itp.” Teoretycznie tak, ale jakakolwiek propozycja w tej mierze uznawana jest za krytykę istniejącego stanu rzeczy, czyli krytykę władzy. A władza wie co narodowi trzeba: circem et panem (igrzysk i chleba), toteż kultura fizyczna może od czasu do czasu liczyć na wsparcie, a na przykład takie wiersze chlebem nie są, to won z pismakami.

I tu się kończą wywody o potrzebie poezji naiwnej. Wynika z nich (tych wywodów), że „racji ci u mnie dostatek" – i jak dotąd to musi mi wystarczyć.

Kazimierz Jakubowski