TADEUSZ NOWAK

Polonista, niegdyś członek redakcji Gazety Ziemi Namysłowskiej, obecnie pisujący „z doskoku” do wielu czasopism – także i zagranicznych. Stworzył cykl esejów o pięknie Ziemi Namysłowskiej – także autor wielu interesujących zdjęć o tej tematyce. Uparty tropiciel tajemnic z zamierzchłej przeszłości Namysłowa (i okolic). Animator istniejącego niegdyś przy Ogólniaku „Klanu zerwanych z uwięzi”.

 

ODBIŁA MI PALMA

 

Na samym dnie

mojego serca,

pod 17 warstwą

żyznego mułu,

posadziłem dziś

owoc i ziarno

palmy życia.

 

Nie…ch rośnie!

strzeliście i…

chyżo sięga

obłoków!

 

Urodą z tego

świata świadczy

boskość codzienną.

 

 

NAMYSŁOWSKI KIRKUT

Julianowi Kornhauserowi

 

Szarzeją nagie kości sosen

Pływają do góry brzuchem

dwa granitowe katafalki

 

Odfrunęły marmurowe synogarlice

Rozwiał się kamienny obłok

gasnącej świecy życia

 

Niewidzialny rebe

szepcze bezgłośnie

 

- Beit chaim

Co znaczy

DOM ŻYCIA

 

- Beit alam

Co może oznaczać

DOM WIECZNOŚCI

 

- A hajlike ort

Co oznaczało

MIEJSCE ŚWIĘTE

 

- A gut ort

Co będzie oznaczać

DOBRE MIEJSCE

 

Choć brama otwarta

na oścież

nie przeciśniemy się tędy

już nigdy

 

 

NASZ RÓŻANIEC

 

Na XVII Stacji Drogi Bolesnej,

po drugiej stronie Chusty św. Weroniki,

między cierniami a niejedną łzą

zobaczysz XVII Tajemnicę Różańca.

 

To nie jest trudne.

17 Białych Róż nie musi mieć

ani zapachu, ani aksamitnych płatków,

kropli rosy, ciemnozielonych liści …

 

Nieważne - fiolet, czerń czy biel …

Atrament ma kolorów, ile chcesz

i fotografia za podwójnym szkłem

wiernie odda to, co trzeba.

 

Godzina czwarta – w czwartek też,

odjechał Ekspres wprost do Nieba

Za siedemnastą rzeką

minął drżący traw płacz,

 

Biała Lokomotywa wyła obok

 

Pod XVII Stacją Bolesnej Drogi

zobaczysz śnieg i szron

na dłoniach św. Weroniki

owiany pary mgłą

Alabastrowy Bukiet.

 

 

 

***

                           Karoli Schulz

 

Paruje ostatnia kropla

Twojej lazurowej „jednorazówki”

 

Pryskają iskry

i pyka płomyk

 

Nie wiedziałem

że na moich

ustach

będzie rósł piołun

 

Oczekując pierwszych żółtych

kwiatów i pszczół

wyrzucam kolejny ustnik

 

Nie czuję ani goryczy

ani słodkiego smaku szminki

 

 

 

NOWE SPOJRZENIE NA TAUROSKIE SPOTKANIE

 

30 grudnia 1812 r., kiedy rozmiary klęski Napoleona w Rosji zaczynały docierać do świadomości pruskich elit, w młynie pod litewskimi Taurogami doszło do spotkania „patriotów” pruskich w rosyjskich i modnych francuskich mundurach. Podpisano wówczas konwencję tauroską, która de facto oddawała Rosjanom Prusy Wschodnie bez walki i stawiała wycofujące się spod Moskwy oddziały Wielkiej Armii, w tym Polaków, w niezwykle trudnym położeniu, bo działający dotychczas w koalicji antymoskiewskiej korpus pruski przeszedł na stronę Rosjan. Nie był to zresztą pierwszy przypadek zdrady pruskiego sojusznika Polaków. Wszak już w 1792 r. na stronę rosyjską przeszedł wódz armii litewskiej, ożeniony z Marią Czartoryską, ks. Ludwik Wirtemberski. Swoją zdradę knował pewnie podczas noclegu w Namysłowie, kiedy w maju 1791 r. wraz z Fryderykiem Wilhelmem II (swoim kuzynem) przebywał w murach tego śląskiego miasta.

W Taurogach spotkali się wyłącznie Prusacy. Pierwszy z nich to generał Hans Dawid von Yorck – dowódca dwudziestotysięcznego korpusu pruskiego, który miał osłaniać przed Rosjanami Królewiec, a po odwrocie Napoleona spod Moskwy zabezpieczać szlaki komunikacyjne Wielkiej Armii od strony Wilna. Jego przejście na stronę rosyjską miało być początkowo sądzoną przez trybunał zdradą stanu. Zmusiło ono jednak Fryderyka Wilhelma III do opuszczenia okupowanego przez Francuzów Berlina i ogłoszenia we Wrocławiu antynapoleońskiego powstania.

Drugim uczestnikiem tauroskiego spotkania był major Karl Gotlieb Clausewitz – przedstawiciel licznej grupy oficerów pruskich, którzy, mimo dwuletniej francuskiej niewoli, nie pogodzili się z rozstrzygnięciami traktatu w Tylży. Wyprawa moskiewska była dla nich najlepszym pretekstem do złożenia dymisji i przejścia na żołd rosyjski w służbie cara Aleksandra I. To późniejszy słynny niemiecki teoretyk wojskowości i twórca idei wojny totalnej. Pułkownik armii rosyjskiej, który sposobów walki będzie uczył się podglądając taktykę obronną Kutuzowa. W Rosji przyglądał się najpierw unikom wojsk rosyjskich i narodzinom idei wojny ojczyźnianej, bitwie pod Borodino, a potem odwrotowi Wielkiej Armii i klęsce wojsk Napoleona.

Stronę rosyjską w tym tajnym spotkaniu reprezentował generał Iwan Dybicz (vel. Hans von Diebitsch) - urodzony w Wielkiej Lipie k. Obornik Śląskich, absolwent berlińskiej szkoły kadetów, a w 1812 r. dowódca działającego na Litwie korpusu rosyjskiego.

Płynący z Taurogów impuls, a potem wkroczenie Rosjan z korpusem Yorcka do Berlina (11 marca 1813 r.), zmusił króla Prus do zdecydowanych działań. 16 marca Prusy wypowiadają oficjalnie wojnę Rosji, a 17 marca Fryderyk Wilhelm III wydaje we Wrocławiu odezwy proklamujące powstanie antynapolońskie.

W marcu 1813 r. w stolicy Dolnego Śląska rodzą się wszystkie symbole nowoczesnego państwa pruskiegożółto-czarno-czerwona flaga inspirowana barwami Dolnego Śląska, znienawidzony podczas II wojny światowej pruski żelazny krzyż i ludowa ochotnicza armia, tzw. Landwehra. Od tego momentu Wrocław uzyska też miano trzeciej, po Berlinie i Królewcu, stolicy Prus. Co ciekawe, pierwszymi zorganizowanymi oddziałami pruskimi wkraczającymi wówczas do Wrocławia będą kompanie Landwehry z powiatu namysłowskiego pod dowództwem starosty Haugwitza. Organizował je i zbroił Gustaw Adolf Henckel Donnersmarck z Gręboszowa k. Namysłowa, który jako generał będzie później dowodził całą śląską jazdą Landwehry. Zginie w październiku 1813 r. podczas oblężenia Głogowa, ale w Gręboszowie z wielka paradą zostanie w grudniu tego roku pochowany. Dodatkowo w pobliskim Pokoju narodził się jeszcze jeden - nie wiadomo czy pruski czy rosyjski bohater - ks. Eugeniusz Wirtemberski. Był on wychowywanym na dworze moskiewskim pruskim arystokratą, za panowania Pawła I kandydatem na cara. Jego ciotka, caryca Maria Fiodorowna (vel. Zofia Dorota Wirtemberska), to przecież matka carów – Aleksandra i Mikołaja, oraz Wlk. Ks. Konstantego. Eugeniusz będzie dowodził korpusami wojsk rosyjskich i ścierał się z Polakami i ich sojusznikami pod Pułtuskiem, Frydlandem, Smoleńskiem, Borodino, Kulm, Lipskiem i Paryżem.

Wśród głównych aktorów tego historycznego spektaklu znajdą się związani ze Śląskiem oficerowie. Najważniejszy z nich i najściślej z tymi ziemiami związany to wspomniany na wstępie Hans Dawid von Yorck - Wartenburg. Swoją karierę wojskową w armii pruskiej rozpoczynał jako oficer 2 batalionu fizylierów w Namysłowie. Lokalna „Kronika Koschnego” określa go mianem „Namslauer”, choć ani słowem nie wspomni, że kapitan Hans Yorck (hrabia od 1814 r., a feldmarszałek od 1821 r.) wybrał sobie w 1792 r. za żonę córkę namysłowskiego kupca, Joannę Seidel. Na pamiątkę tego wydarzenia część współczesnej ul.1 Maja w Namysłowie będzie przed wojną nazywana Yorckstrasse. Po klęsce Napoleona pod Waterloo ten wywodzący się z pomorskiej polskiej szlachty bohater narodowy Prus osiadł w Oleśnicy Małej k. Oławy. Tam wsławił się wyrzuceniem i zniszczeniem tablic nagrobnych i krzyży joanitów z oleśnickiej komandorii. Oświeceniowy i ateuszowy zmysł estetyczny pomógł mu w przekształceniu największego na Śląsku klasztoru joanitów w Oleśnicy Małej w pyszny i świecki rodowy pałac.

Szybko zapomniano, że „nasz namysłowianin” początkowo miał być sądzonym za udział w spisku oficerskim i zdradę stanu generałem, bo jego skromny korpusik wkraczał do Berlina z licznymi rosyjskimi dywizjami niczym dywizja kościuszkowska do Warszawy w styczniu 1945 r. Tworzył on pozory pruskiej niepodległości, bo firmował swoim nazwiskiem faktyczną okupację rosyjską i przesunięcie granicy rosyjskich wpływów w Europie z Łaby po Mozę! Rosja po defiladzie wojsk cara Aleksandra w Paryżu i kongresie wiedeńskim stała się nie tylko mocarstwem ograniczającym na długie lata suwerenność zewnętrzną całych Niemiec, ale groźnym żandarmem Europy. Po 130 latach, liczonych od klęski Napoleona, Stalin uzna przemarsz Aleksandra I ze swoimi wojskami w Paryżu za największy sukces militarny Rosji w dziejach Europy, przewyższający jego berlińską wiktorię.

 

Zadziwiająca będzie też pointa określająca ziemski kres bohaterów spotkania pod Taurogami. Otóż Dybicz za rezygnację ze szturmu miażdżącego Warszawę pod Olszynką Grochowską w 1831 r. zostanie wg niektórych wiarygodnych relacji otruty przez Orłowa. We włoskim stylu zostanie pozbawiony życia również ten, co namawiał Dybicza do rezygnacji z bezwzględnych działań, a wcześniej nie chciał jako wódz wojska polskiego wyruszyć do tłumienia powstania w Belgii, czyli Wlk. Ks. Konstanty.

Clausewitz, drugi z tauroskich bohaterów, podobnie jak Dybicz, oficjalnie umrze na cholerę, kiedy w 1831 r. będzie dowodził na pograniczu sztabem tzw. kordonu sanitarnego. Pochowano go we Wrocławiu, ale w latach siedemdziesiątych doczekał się ekshumacji i przeniesienia do prusko-enerdowskiego panteonu narodowych bohaterów.

Tuż przed powstaniem listopadowym, w październiku, umrze najspokojniej z całej trójki, już jako 71-letni starzec, feldmarszałek Yorck-Wartenburg, który do dzisiaj szczęśliwie spoczywa w krypcie rodzinnego mauzoleum w Oleśnicy Małej k. Oławy. Jego dusza musi tylko wysłuchiwać odbywających się ponad nim rekolekcji, kiedy w mauzoleum – obecnie kaplicy św. Maksymiliana Kolbego spotykają się podczas modlitwy Polacy – uczestnicy spotkań młodych.

Ciekawe ilu z nich ma świadomość symbolicznej wymowy sytuacji, w jakiej wypowiadane są słowa ich dwudziestopierwszowiecznej modlitwy? I co z tego wszystkiego rozumie spoczywająca obok swego bohaterskiego Hansa żona-namysłowianka, po 1814 r. von Johanna?

Tadeusz Nowak

 

 

 

 

 

 

NAPOLEOŃSKA GENEZA NAMYSŁOWSKIEJ NEKROPOLII

 

Pierwszy namysłowski nowoczesny cmentarz komunalny założono już w 1811 r. przy Szosie Brzeskiej (dzisiaj stary cmentarz miejski przy ul. Jana Pawła II). Przeliczając na ówczesne ceny rynkowe kwotę przeznaczoną na zakup gruntu przez gminę ewangelicką i czynsz dzierżawny za przekazane przez gminę katolicką swoje pole, można w przybliżeniu określić, że zajmował on około czterohektarową powierzchnię. Rachuby te potwierdzają również obliczenia sporządzone na podstawie szczegółowej mapy inżynieryjnej miasta i jego okolic z 1968 r. Trzeba jednak dodać, że ten współcześnie stary cmentarz został w latach 70. uszczuplony o ok. 60 arów gruntu, na którym od strony ul. Kościuszki powstało kilka parcel budowlanych.

Dziwna i zagadkowa jest historia tego namysłowskiego cmentarza. Jego data narodzin budzi zdumienie. Kamień węgielny pod tę napoleońską pamiątkę położono 3 maja - w 20 rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 Maja! Jakby tym faktem i datą przypieczętowując rodzące się przed wyprawą na Moskwę przymierze polsko-sasko-pruskie. Już od początku swego istnienia cmentarz budził kontrowersje – jak pisze oględnie miejski kronikarz: jego „urządzenie i umieszczenie budziło różne sprzeciwy”.

Po pierwsze, opory społeczne wywołało znaczne oddalenie od centrum miasta – ok. 1,5 km od środka rynku, wliczając w to zawiłości niewyprostowanych miejskich ulic. Już wtedy musiał w mieście pojawić się konny karawan, który zniknął z naszych ulic dopiero na początku lat 70.

O założeniu nowoczesnego dziewiętnastowiecznego cmentarza myślano wcześniej, bo już 8 maja 1806 r. gmina ewangelicka odkupiła od szewca Andrzeja Szulca pole sąsiadujące z gruntem katolików. Jakby przeczuwając nadchodzące na Śląsk nowe wojenne żniwo.

Choć 3 maja 1811 r poświęcono nową cmentarną ziemię, to jednak w powszechnej opinii musiał on uchodzić za, gorszy niż przykościelny, tzw. „psi cmentarz”. Wtedy jeszcze trudno było przekonać nawet światłego i wierzącego człowieka, że nie można już znaleźć miejsca dla pochowania bliskich na miejskich przykościelnych placach. A przecież ilość ciał nieboszczyków w tej przestrzeni miasta stała się nieznośna i dla zmysłów, i dla zdrowia namysłowian.

Aby zachęcić do pochówków na nowych osiemnastowiecznych cmentarzach (tzw. „trzeciej generacji”) władze miejskie w porozumieniu z gminami wyznaniowymi budowały kościoły i kaplice. Oryginalnym namysłowskim przykładem takiego oswajania tej gorszej przestrzeni pochówkowej jest dawna kaplica cmentarna Św. Trójcy, położona naprzeciwko Szpitala Powiatowego przy ul. Oleśnickiej. W surowych czasach reformacji wykonywano tu egzekucje. Szczególnie okrutne były te za zamordowanie nowo narodzonego dziecka – przebicie osinowym kołkiem i pogrzebanie żywcem lub w ogóle pogrzebanie żywcem za poćwiartowanie żony i służącej, która wcześniej udusiła nowo narodzone dziecko. Wyroki namysłowskiego sądu miejskiego wykonywano na granicy miasta i terytorium Komendy Starostwa należącego do folwarku na Starym Mieście. Tu przy piaskowni lub żwirowni na rozstaju dróg stała szubienica i szafot. Tu wreszcie grzebano bezimiennych pielgrzymów, bezdomnych z miejskiego przytułku. Aby miejsce nie było aż tak straszne, w 1709 r. postawiono na Piaskowym Wzgórzu ładną barokową kaplicę.

 

Po drugie, sprzeciwy musiało budzić obsadzenie tego napoleońskiego cmentarza ocieniającymi lipami. Dziś z tych ufundowanych przez radcę sądowego Bocha, pewnie polonofila i bonapartystę, lip pozostały zaledwie trzy sztuki. Znajdujemy je przy pierwszej bramie wjazdowej. Późniejsze, blisko stuletnie nasadzenia występują przy południowym płocie cmentarza, a ciągle odnawiane powojenne już nasadzenia przy drugiej alei. W alei i części ewangelickiej dominują dzisiaj pojedyncze stare platany i klony. Lipy tu nie uświadczysz. Gdzie się podziały i dlaczego z cmentarza zniknęły napoleońskie lipy radcy Bocha? Odpowiedź prosta i trudna zarazem. Od czasów Jan III Sobieskiego lipy na Śląsku były symbolem przywiązania do rzymskiego katolicyzmu i polskości. Według tarnogórskich legend późniejszy zwycięzca spod Wiednia sadził je na śląskiej ziemi na drodze marszu swoich wojsk idących na odsiecz Leopoldowi I. Dlatego też, chcąc zamanifestować swoją polskość, Ślązak nosił za wstążką kapelusza gałązkę lipy. Lipy musiały wywoływać u luteran i Prusaków wysypkę. Dominując w przestrzeni cmentarza byłyby nieznośnym dla potomków Fryderyka Wielkiego symbolem przywiązania do polskości lub katolicyzmu.

Zagadkę cmentarnych i napoleońskich lip wyjaśnia jeszcze jeden zapis w kronice miejskiej. W 1816, a więc w roku zesłania Napoleona na Elbę, wyprostowano wszystkie drogi wyjazdowe miasta i obsadzono je drzewami. Tymi drzewami tworzącymi jeszcze do niedawna piękne i niepowtarzalne aleje Namysłowa są lipy. Sądzić należy, że te blisko dziesięcioletnie drzewa przesadzono z cmentarza na drogi wyjazdowe, aby w ten sposób pożegnać Napoleona i Polaków oraz ich plany o przyłączeniu Śląska do Unii Polski i Saksonii.

Wrażliwe na zanieczyszczenia powietrza lub prace budowlane przydrożne lipy stopniowo obumierały i obumierają. Najlepiej zachowały się tam, gdzie nie ma zbyt dużego ruchu i chodników – czyli przy ul. Sycowskiej. Stan alei lipowej przy dawnej Szosie Brzeskiej, obecnie ul. Jana Pawła II, znacznie się pogorszył po założeniu chodników i ścieżki rowerowej wiodącej na działki. Podobnie lipy obumierają przy Oleśnickiej, 1 Maja, Pułaskiego. I chyba nic nie jest w stanie ich uratować – zabija je cywilizacja i urbanizacja. A szkoda, bo to były dla Sarmatów drzewa święte. Zresztą, niewiele też zachowało się do naszych czasów tych blisko dwustuletnich egzemplarzy. Jednak widać, że zawsze systematycznie uzupełniano ubytki w drzewostanie alej.

Na cmentarzu zaś w miejsce lip posadzono ewangelickie platany – okazały się odporne na beton i zanieczyszczenia. Królują one na przykład w kompletnie wyasfaltowanej przestrzeni placu dawnej ewangelickiej szkoły - dzisiaj Gimnazjum nr 1 w Namysłowie.

Ale cmentarz przy Szosie Brzeskiej ma jeszcze jedną zagadkę. W 2/3 długości aleję katolicką i ewangelicką przecinają dwa bardzo stare szpalery brzozowe. Jakby wyznaczały one planowane kwatery wojskowe. Brzozy lubią przecież żołnierze i partyzanci. Jednak na bardzo szczegółowych pruskich mapach sztabowych aktualizowanych w 1885 r. cmentarz przy Szosie Brzeskiej zajmuje tylko 1,25 hektara, kończy się w 1/4-1/3 jego współczesnej długości, a aleje brzozowe w ogóle nie są zaznaczone na mapie. Być może więc brzozy posadzono dopiero sto lat później – np. w 1913 r., kiedy wiadomo już było, że wkrótce wybuchnie wojna i umierać będą w armii pruskiej Wielkopolanie, Pomorzanie, Ślązacy leczeni w namysłowskich wojskowych szpitalach? Możliwa jest jeszcze jedna data nasadzeń – rok 1907, który wiąże się z likwidacją cmentarza na starym Krakowskim lub Polskim Przedmieściu, czyli przy współczesnym Placu Wolności.

 

Te zagadki mogą wyjaśnić tylko dendrolodzy - fachowcy potrafiący określić wiek tych starych białodrzewii. Brzozy nie należą do gatunków długowiecznych. Jeśli są tylko blisko stuletnimi drzewami, to z tego wynikałoby, że Prusacy potraktowali cmentarz przy Szosie Brzeskiej jak szkółkę drzewną i prawdopodobnie w 1811 r. nie doszło do zrealizowania tego wspólnego sasko-prusko-polskiego projektu, któremu patronowała na krótko anty-moskiewska napoleońska krucjata. A zlikwidowany w 1907 r. cmentarz przy Placu Wolności – pierwotnie tylko żydowski (1794) – stał się wobec niepopularności napoleońskiego „psiego cmentarza” w latach 1813-1907 cmentarzem prusko-ewangelickich i żydowskich namysłowskich elit. Według przywoływanej już wcześniej mapy sztabowej z 1885 r. przy Placu Wolności miejsce żydowskich macew zajmują chrześcijańskie krzyże, a w tym okresie miejski starozakonny kirkut zostaje przeniesiony za wieżę ciśnień przy współczesnej ulicy Łączańskiej. Potwierdzają to topograficzne symbole - mikroskopijne ikony macew wojskowej mapy – które znaczą tylko teren kirkutu w Boemowitz, wtedy jeszcze podnamysłowskiej wioski.

Do idei nowoczesnego cmentarza miejskiego powrócono po 1907 r. Z tego też okresu pochodzą pewnie wykonane z cegły klinkertowej słupki ogrodzenia cmentarza i elementy kute, które grodziły już całą jego czterohektarową powierzchnię. Trudno powiedzieć, co stało się jednak z pierwszym ogrodzeniem i orientowaną w osi wschód-zachód domniemaną drewnianą pierwszą kaplicą ?

 

A jeśli by się okazało, że pojedyncze potężne egzemplarze brzóz szpaleru hipotetycznie wojskowej kwatery są dwustuletnie, to rodzi się pytanie, dlaczego nie zaznaczono na precyzyjnej mapie sztabowej z 1885 r. tej brzozowej części cmentarza?

 

Znając idee wojny totalnej Karla Clausewitza (1780-1830) oraz tajny regulamin Landwehry z czasów antynapoleońskiego zrywu narodowego nakazujący likwidację wszystkich szpitali wojskowych Wielkiej Armii, wiemy, że już w 1813 r. Prusacy mieli na swoim koncie wiele zbrodni, które ścigane byłyby przez późniejsze międzynarodowe trybunały wojskowe. Może pod brzozami kryje się następna wstydliwa wojskowa tajemnica?

Dowodzą tego losy masowych mogił żołnierzy Wielkiej Armii, które udało się dokładnie zlokalizować w naszym mieście dopiero po przeszło 190 latach. A było co ukrywać, bo przecież do masowych mogił wrzucano, według relacji pastora Liebicha, żywych czasami i chorych na tyfus żołnierzy Wielkiej Armii. Aby przyspieszyć ich wychłodzenie, grzebano ich w mroźne listopadowe i grudniowe noce nago. I wcale nie należy się dziwić, że z takim trudem odsłaniana była ta prawda, bo przecież na najwyższych szczeblach armii pruskiej dowodzili oficerowie zespoleni z Rosjanami więzami krwi i zdrady.