TOMASZ PIASECKI - ur. w roku 1986, uczeń LO w Namysłowie. Dużo czyta, a pisanie stało się dla niego zarówno potrzebą, jak i koniecznością. Lubi antyk i ceni poezję wielkich romantyków. Wierzy w istnienie magii. Swoje „zmagania słowne" rozpoczął w almanachu „Skrawek przestrzeni", debiutował na łamach GZN. Często powtarza: „Blessed Be" oraz „jestem z tych, którym odmó­wiono zbawienia”. No, w tym chyba nie jest odosobniony…

 

 

WSPOMNIENIE

Łatwo powiedzieć – zapamiętam. Tymczasem właśnie pamięci boję się dziś najbardziej, wspominanie – to jakby kalekie wskrzeszanie kolorów, dźwięków, zapachów. A świadomość tego, że gra świateł i myśli może trwać tylko chwilę, że zatrzyma ją wyciągnięcie ręki, aby choć jednym palcem dotknąć rękawa jej swetra tylko pogłębia świadomość przeszłości.

Pierwsze spotkanie miało chyba najgęściejszą atmosferę, choć i najwięcej było przy nim śmiechu. Mówi się, że od Karoliny bije – biła – niezwykła siła życia. To właśnie był ten ogień, którym potrafiła rozpalać wyobraźnię skupionych wokół kilku starych stolików, wyobraźnię i serca, bo przecież uczyła nas, że Słowa – do którego potrafiła czuć niezwykłą, jej tylko właściwą mieszanką pogardy i miłości – nie należy tylko rozumieć, przede wszystkim trzeba je kochać. I mam nadzieję, że je kochała, wiersze, które nieśmiało, potem coraz odważniej trafiały przed jej oczy. Wciąż potrafię powiedzieć, kto gdzie siedział, jak – niemal instynktownie – gromadziliśmy się wokół niej. Ona – Królowa Matka siadała zawsze u szczytu stołu, otoczona z jednej strony Ewą Kacą, z drugiej, zależnie od piątku, Gabrysią Byrką lub Agnieszką Tabak.

Najwyższa instancja w sądzie nad wierszem, to właśnie ode mnie słyszała, „Pani Karolino kochana, najwyższa instancjo”. Moje miejsce przypadało z reguły na przeciwległym końcu, trochę z boku, niewielu miało śmiałość siadać vis – a – vis niej. Mówiliśmy zawsze jedno przez drugie, byle prędzej, byle szczerzej, czytaliśmy, komentowaliśmy, przerzucaliśmy się żartobliwymi złośliwostkami. Zawsze jednak wiadome było, że ostatnie słowo należy do niej, prędzej czy później każda linijka zostanie przez nią oceniona, opisana, opatrzona słowem pochwały, krytyki, propozycją przemyślenia, sprawdzenia. O dziwo, nie pamiętam, by czytała nam własne wiersze, zaledwie kilka momentów potrafię przywołać, dzień, w którym przyjechała do nas z „Aniołami, żywiołami, kometami” z dalekiego, zbyt dalekiego Opola, kiedy przyszła do nas Dorota Mamzer i zdradziła się, że do „Prośby” ułożyła muzykę... Wolała czytać nas, nami się karmić, a w zamian dawać nam własne doświadczenie, smak i wyczucie literackie.

Często wenowskie rozmowy toczyły się jakby obok siebie, pogrążeni w dyskusjach parami, trójkami, czasami, jeżeli „obrodziło w poetów” w większych jeszcze grupach. Wtedy nad kakofonię pewnych siebie głosów unosił się okrzyk „Kochani, kochani moi!”. Cichliśmy, czekając, co od niej usłyszymy, co nam przynosi z „dalekiego świata poza miasteczkiem N.”: nowy tomik nieznanej nam poetki, którą spotkała na wieczorze autorskim, wspomnienie o kimś, kogo spotkała wiele lat temu, a które nasunęło się jej pod wpływem czyichś słów zapisanych lub wypowiedzianych nad ramieniem, zaproszenie na zlot literatów. Przez chwilę obracaliśmy w sobie te wszystkie rewelacje, a potem – znów zaczynaliśmy mówić, śmiać się, kłócić...

Szczególnie utkwiły mi w pamięci te chwile, kiedy była radosna. Wzmianka o „Dzikich brzoskwiniach” i jej gorączkowe „natychmiast, natychmiast, ktokolwiek będzie to mieć!”, skończenie projektu „Skrawka przestrzeni”, ba, prace nad nim, kiedy głowiliśmy się nad tytułem i jej proste „W słońce”, plany spotkań „w terenie”... miałem wrażenie, że gdyby chciała, przyspieszyłaby wtedy wiosnę o kilka tygodni. Bo tak właśnie zapadła mi w pamięć – w ciężkim, czarnym futrze, z kapeluszem i nieodmiennie różową szminką, pachnąca tytoniem i perfumami, których nigdy nie mogłem rozpoznać. Papierosy – jak prawdziwa dama, którą najpewniej była, koperty zawsze adresowałem „Hrabina Karolina Suchanowska z Turkiewiczów” – wyciągała z papierośnicy. Oj, nie raz i nie dwa dogryzaliśmy sobie na temat jej palenia, aż w końcu, przy dziesięcioleciu istnienia klubu uścisnęła mi ukradkiem rękę i wyszeptała „Wiesz, że już dwa miesiące, jak nie palę?”. Wtedy zrozumiałam, że więź nie jest jednostronna, że pamiętała, jak denerwował mnie papieros w jej ustach, choćby najbardziej elegancki.

Zapał, który w sobie nosiła, niegasnące, niezaspokojone niczym pragnienie życia absolutnego, smakowania otaczającego ją świata wszystkimi ludzkimi i nie-ludzkimi zmysłami (gdyby tylko je znała, choć nie dam głowy, czy nie chowała przed nami jakieś doskonalszej, mistycznej metody poznawania rzeczywistości i tego, co jeszcze poza nią) wręcz uderzały. Każdy, kto z nią rozmawiał, zarażał się jej siłą, choć drobna, mogłaby unieść siłą woli nas wszystkich. Widać to było wyraźnie wiosną, kiedy już w końcu nadeszła, na namysłowskim przystanku, pod czeremchą. Upajała się jej zapachem, aż w końcu – pełna niego – rozrosła się niczym Atlas, by wziąć na siebie ciężar świata, mimo zmęczenia – wróciła właśnie z dalekiego, dalekiego Opola, by jeszcze kilka dni pobyć w domu. Bo mam nadzieję, że mimo wyprowadzki tutaj właśnie był jej dom. Kochała Namysłów, tę miłość zaklęła w słowa i splotła w wieńcu, który potem włożyła – wzorem biblijnej Oblubienicy – na głowę. Wtedy, obsypana płatkami czeremchy, wydała mi się być Starką, najmądrzejszą z kobiecych bogiń, choć mogę przysiąc, że nie miała wtedy więcej niż dwadzieścia, dwadzieścia dwa lata, czarodziejka słów na pewno potrafiła przecież zakląć siebie w młodziutką dziewczynę.

Pamiętam też Karolinę latem – kiedy dorosła we mnie odwaga do odwiedzenia jej w domu. Och, jakie wrażenie zrobiło na mnie jej mieszkanie! Ludzie upodabniają się do miejsc, w których żyją, prawda, lecz akurat w jej wypadku to ona upodabniała do siebie otoczenie. Ktoś powiedział - „pierwszy salon literacki Namysłowa”. Owszem, salon, maleńki, lecz tak żywy, tak przepełniony duchem wiedzy, miłości do świata, cyniczną obserwacją, przekorą i wiecznie młodym humorem... Rozmawialiśmy wtedy o sprawach, które, tak ważne tego dnia, później nie okazały się być równie istotne, ponieważ pamiętam tylko nierozwiązaną do dziś kwestię losu bohaterki pewnego opowiadania i zachwyt nad Eloe, która wraz Ellenai przewija się przez całe jej życie, znacząc wiersze kolorami, świat zaś – bólem. Jesienna Karolina to Karolina po stracie męża, płacząca jedynie w duszy. Nie zdradziła się bowiem słowem o swoim cierpieniu. Najbardziej przypominała wtedy Eloe właśnie, smutnego anioła, który kochał zbyt mocno.

A potem przyszło Opole, do dziś dla mnie synonim Sybiru. Zostały tylko rzadkie telefony – z okazji świąt – i jeszcze rzadsze listy. Aż w końcu wysłany został list, który nie zdążył dotrzeć do adresatki, hrabiny Karoliny z Turkiewiczów. Została tylko dedykacja w ostatnim tomiku – „z przyjaźnią”. I prośba, powtarzana tysiące zapewne razy – „naucz mnie chodzić po wodzie”. Chciałoby się prosić innymi słowami, wyjmując je z jej ust: „pomnóż jej siły przez wieczność chociażby jednego żywota”. Ksiądz Twardowski, o którym często nam mówiła, napisał „Śpieszmy się kochać ludzi”. Teraz najlepszymi słowami są pewnie wersy Anny Kamieńskiej: „Tak się spieszyłam i nie zdążyłam kochać”. Nie zdążyłem. Mogę tylko żałować, że nie udało mi się wynieść więcej z jej uwag, że tak mało zostało w mojej pamięci. Najwyraźniej chyba pamiętam uwagi, które przekazywała każdemu, kto stał na początku literackiej drogi: „kochajcie, marzcie, żyjcie, nie bójcie się słów!”. Uczyła nas obracać słowa– kamienie, słowa-gwiazdy w szereg znaków, z których każdy miał dla nas smak dzikiej radości lub najgłębszego snu. A jednak – za mało tego, za krótko. Najbardziej zazdroszczę jej niezwykłej umiejętności reinterpretacji opowieści, mitów, tego, co w człowieku najprostsze, najczystsze. Za tym najgłośniej mogę zawołać „Caroline! Encore!”. Mam nadzieję, że rozmawia z Ellenai, opowiadając jej, jak pięknie trzema kolorami malował ją Malczewski i jak z tych barw udało jej się złożyć wiersz, niczym pszczele skrzydło z kawałków wiatru. I z Rachelą, młodopolską muzą, której przyszło się w niej odrodzić.

 

 

SANTIAGO DE COMPOSTELLA

 

dorosłam przy tobie /powij po

wij/ w ciało jak rajska burza dusza

skręcona muszla /garść czerwonych jagód/

właśnie przekwitły akacje i ramiona

miałam wyplamione latem czas

/sto matek przy mnie

sto sióstr wodę niesie/

powiedziałeś dni teraz są najdłuższe

rosłam z nimi czarna wierzba

siejka dzikuska chwaśnica

 

patrzymy na siebie zwyczajnie /teraz

głośno krzyknij jeszcze musisz/

codziennie senni nieumyci poplątani

/otwórz usta/ znamy się lepiej

niż z pamięci kilka startych fleków

torba znoszona od kłopotów i noc

wyjątkowo dziś spóźniona

 

opowiem ci o wszystkim /wyrzucasz z

siebie wodę/ o spękanych muszlach

rozkwitłych gałęziach gorzkim zielu tasznika

będziemy tylko patrzeć zwyczajnie /żyjesz/

bez żadnego pośpiechu

bez żadnego zmartwienia

ogłuszeni milczeniem

 

 

 

 

POSTRZYŻYNY

 

podpisałaś mnie

dorosła

zaklęłaś za mną drzwi i próg

porosły śladami wychodzących

wróciłaś do łóżka zgasiłaś światło

i nakryłaś się poduszką

 

nie oceniam i nie sądzę

czasem podnoszę stopy czasem

obracam się i szukam wzrokiem dachu

okna zaklęcia roztrącam spódnicą

przydrożne wtorki i niedziele

rozlewają się między nami dni

podniesionych głosów słów bardziej

niż kiedyś poplątanych odciski

wspólnych palców coraz szybciej zacierają

 

kiedyś rozsypię tutaj ziemię

postawię drzewo by połączyć ją

ze swoim niebem może nawet dam imię

tutaj będą okna drzwi z progiem

i czerwona nić pod twoją

zawieszoną stopą

 

 

 

 

DANIELA

 

mane

kiedy oparty o mnie zaczynasz uciekać

wkładam rękę między twoje nogi domykam

językiem powieki i szukam dowodów herezji

o naszym człowieczeństwie

/pod pościelą wyglądamy bezcieleśnie/

 

tekel

przecież nie schowasz przede mną

żadnego dnia ani kobiety już dawno

wyczesałam je palcami z twoich myśli

i w cichym umyśle obejrzałam

ze wszystkich lepszych stron

/potem patrzyłam na nas nareszcie

ludzkich wyciągniętych z siebie/

 

fares

objawienie spraw najważniejszych

zapisałam śliną na plecach /zdejmuję

z siebie pot i cień jeszcze bardziej naga

ważę mniej od bólu/ za zamkniętym

oddechem zaczynam wierzyć że

któreś kiedyś zdoła się obudzić

 

 

 

 

***

Michałowi

wierzyć to zwolnić siebie

z płynącej ciekawości

nie dotykać nie pytać

nie czytać z oczu i kart

chciałam kiedyś wiedzieć

komu oddać miłość owiniętą

w sukienki sprzed trzech sezonów

i czy na pewno była lepsza

w czasie półnietrwania

tak, uwierzyłam za słowo

i kilka kwietniowych pocałunków

/za dwa lata w monachium będę

zakładać te buty i może jeszcze czarne

i może/

 

było też inaczej całkiem do

rzeczy zwyczajnie gołe ramiona i kolana

koniczyna między ciałem hałas parku nad nami

bloki niebo przechylone aż się kręciło

w głowie szum kroków oddech kamionkowej płyty

tysiące odpowiedzi i niezgubionych

żadnych więcej pytań

 

 

 

 

PATRZĘ W TWOJE DŁONIE

ded. Karolinie Suchanowskiej

 

wiem już kiedy umrzesz i kiedy

powiesz że musisz zostać w pracy wiem nawet

kiedy owiniesz moje włosy wokół palców i cierpliwie

zaczniesz liczyć oddechy

tylko nie jestem pewna czy nie

powinnam wtedy spuścić wzroku

 

tymczasem masz usta w kształcie obietnicy

dłoń wrośniętą w moje biodra

szukam w tobie słów do pomylenia z

własnym kocham i dumą mężczyzny który

/wreszcie/ pokazał mi ogień

 

mówiłam ci wtedy o podróży za morze

życiu długim lub szczęśliwym

potem już tylko dotykałeś moich piersi

a kiedy poznawałeś inne światy

zamykałam ci palce i długo

 

tymczasem masz usta w kształcie obietnicy

 

 

***         

 

tak nie brzmi żadne słowo

takich słów nie zna żaden język i

nikt nie potrafi tak rozmawiać

kiedy próbuję pisać do ciebie – spopielone

puzzle dźwięków połamane paznokcie

i prośba serdeczna o obrócenie drzwi

 

wyprałam wszystkie obietnice zaległe sprawy

poskładane w równe kostki upchnięte w najniższej

szufladzie oskrobałam ściany z ich

cudownie milczącego zdumienia

tak, jestem zdziwiona i pytam jak

możliwie długo wytrzymać seks ze sobą

 

baletnica z mydlanej piany ma zamknięte oczy

baletnica klęczy z ustami na stopie cynowego

krzyża zanurzona w słowach tej która

oswoiła jelenie z namaszczeniem wylizuje

wzrokiem najmniejsze odpryski świętości

 

tak nie brzmi żadne słowo – imię twoje

zapisane w śmiechu naszych dzieci

wyłowione z zapachu macierzanki

imię twoje woda imię nasze miłość

my – zamienieni w stado letnich kruków

 

VILGEFORTIS

przyśpiewka majowa 

 

święta vilgefortis czy pamiętasz

zrywałyśmy szałwię i tymianek po burzy a

wieczorami patrzyłyśmy jak janek prowadzi

krowy na udój /każda z nas chciała być

tą która zerwie z niego koszulę/

zaplotłam ci wtedy warkocze i pomagałam

zbierać siano z sukienki kiedy południe

nadeszło dla was za wcześnie

 

święta vilgefortis weź chusteczkę

rozmażesz wszystkie sińce i skaleczenia

wiesz nawet zapomniałam jakie

było twoje imię z dzieciństwa i swojego

też już nie pamiętam czasami tylko

znajduję koszyczek rumianku w poduszce

dotykam twojej głowy pogańska święta

uczę języka którym mówi do mnie

zbyt przystojne ciało i gdybym nie

zamknęła oczu - boże pozwól mi

myśleć choć trochę głośniej

 

święta vilgefortis patronko wstających rankiem

święta vilgefortis z zielonymi stopami

popraw sobie wianek i sprawdź czy

piersi

odcięto ci do końca

 

 

SMS

 

wiersze o miłości przerastają

najmłodsze sosny i chłodne omszałe kamienie

wypuszczone z rąk nabierają

siły przemilczanych wieczorów i powiędłej

lawendy chowanej w słoikach

niech nikt nie mówi że nasza miłość była

cicha jak narodziny morza gdy ciała

walczyły o jedną przestrzeń życia nikt

nie mówi była to co dawno oddane

na przechowanie nie musi minąć

miłosne wiersze uciekają między

pożółkłe karki zeszytów i liście

podwórkowego klonu pod którym

rosły przecież słowa i dzikie

niebieskie kwiatki stara grzelakowa podlewała

je każdej zimy /podobno do końca zwariowała/

czasami zatrzymują się przy starym

zdjęciu dziewczyny w niemodnym kapeluszu i

roześmianej dłoni na jej piersi najdroższa

operacja nie da mi słodszego mleka

a rozbite okna przestały już straszyć udało

się nawet sprać gniew i zazdrość z dywanów

powoli wracają tu kolory biel spokój zieleń

zatrzymanych chwil zaczynam dostrzegać rdzewienie

mechanizmów uczuć medaliony i zaklęcia pokryła pleśń i

miedziane pierścionki zgubiły się w trawie

/jak ta miłość co ponoć ma kilka lat więcej/

i choć można czekać na progu z życiem wciśniętym

w splątane palce – zamknięto teatry /bezrobotne

aktorki śpiewają w tv o rumiankowym papierze/

wolę otworzyć oczy i wyznać wiarę w trzepoczący

erotyk targujący się z wiatrem o kilka

chwil istnienia nim zapomnę o czym

chciałam pisać miłosne wiersze nie

żyją przecież tak długo by były warte naj

mniejszej pamięci i chyba zawsze już będą od

radzać się jak koral gest po geście oddanym

cierpliwemu mroku zatrzaśniętych okiennic mimo

wszystko mam szerokie drzwi

 

 

***                                                                                  

„a tak się broniłam”

K. T.– S.

a tak się starałam żyć spokojem

dmuchawców przed deszczem nie

licząc marzeń i lat jeszcze

niezapisanych na twarzy

z przewiązaną wokół szyi nadzieją

że wiatr – być może – przebiegnie obok

 

wierzyłam w niezmienność lat

jedno dojrzewanie – jak gorzkich placków pod

zbożowym okiem matki tyle co

dotknęłam - bukiet maków sprany

trójkąt nieba i glina /nie wiem czym nie zdążyła się

stać garnkiem człowiekiem światem/ tyle

kolorów czerwień brąz i bocianie skrzydło

zdarzało mi się palić kwiaty pod

stopami domowych bożków szukać

silnych ramion między drzewami a

przed zaśnięciem spowiadać się jabłoni

słodkie grzechy słodsze jabłka

 

upomniały się jednak dzikie

jaskółki wplątane w wiatr i grządki dawno

przekwitłych wrzosów coraz niżej

kłaniałam się ziemi a może to

ona wychodziła mi naprzeciw i nawet

nie zauważyłam kiedy wygasł ogień w

kominku wyjęłam kilka wierszy będą

dobre na zatkanie dziur w suficie i wiewiórczą

pościel szukanie miasta to pamięć o życiu

w spalonej muzyce słońca

 

i gdyby ktoś powiedział proszę

opisz raj - bycie kamieniem

na brzegu strumienia

 

 

 

EPILOG WEROŃSKI

                                                                                                 i tak cię nie kochałam

otworzyli dla nich nowy                                                                       A. Worelska

rozdział nieba z niedowierzaniem obmacywali

ściany widząc siebie na środku podłogi jeszcze

ruszających ramionami

zapewnili im tyle prywatności co

gruszy przy drodze która sama zapomniała

dokąd idzie

 

dotykam wspomnieniem złotej piersi jak

długo jeszcze będzie orzechem wyślizganym

palczastymi modlitwami podobna do siebie jak

sygnaturka matki ryżu

odmówili nam nawet garści ziemi twierdząc że

lepiej pogrzebać nas w wietrze i

wierze że kiedyś rozkwitną kamienie

nie przypominamy tych co stoją

na naszych grobach mimo że błyszczą

odpowiadając słońcu mamy cieplejsze

oddechy na policzkach

i wydaje mi się że nie umiem patrzeć w twarz

sobie nie-sobie w półuśmiechu

 

między Sodomą a Itaką słuchamy

koncertu zielonego wiatru przesłonięci

wstydem porzuconym pod rozszczepionym

drzewem poznania pragnień i wiem że przerastam

w kłos żyta za smutno tutaj za pusto

pokazali nam strony jak ściany gotowe

do przyjęcia dłoni wygiętych od wiatru

znaleźliśmy tatarak i macierzankę a

w nich nasze matki znowu młodsze od nas

podobno nie ma tu starości dlaczego widzę jak

rodzą się zmarszczki między spojrzeniami

 

dojrzewa wreszcie czas płonących

jaskółek pogubionych między nami

dopowiedzmy sobie przyszłość całą

w obrotach ciał dusze postawmy obok plecami

do siebie dwaj obcy ludzie pamiętający

przytrzaśnięcie uczuć i pełne piasku oczy

a nad nami zakreślonymi w koła

zostawmy milczenie pełni

zrozumienia dla siebie i tych co z

nami wierzyli

choć zapomnieli w kogo

i komu za to płacili

 

 

 

LAMENT

 

czasami dorastamy do miłości

zamykamy świat w dwóch

dłoniach i warkoczu spojrzeń

wydaje się nam że skrzydła to tylko

początek i rzecz tak osiągalna

że rośniemy w pychę

nasza krew płonie i świt

wypływa z huraganu włosów a ból

jak lawendę i werbenę chowamy pod poduszką

 

czasami dorastamy do pożegnań

ubieramy się w wieczór i jeszcze

raz wkładamy w ręce swoje ciepło

nie ma dla nas miejsca przy żadnym

oknie a droga jak zapach maków

wyrasta pod stopami

i jesteśmy podobni do ćmy i słowa

nie wiemy ile

w nas piękna

 

wyrastamy poza ciała i starzejemy się

na obraz Wenus z Milo. pożyczamy

kolorów od nieba i pola po żniwach

mówimy szarość biel błękit a kiedy

wokół nas cisza i mgła jak dzieci

szukamy ognia my

madonny z Ellanor

 

 

 

 

MÓWIĘ

 

kiedy skończyła

i rozpuściła już pegazy po pustych snach

zobaczyła w telewizji Poetę

/przysięgał że nigdy się nie sprzeda/

trzy wiersze spadły ze śliną w kąciki ust

i – jak wysłuchanie zębów

trzepoczący erotyk

/że niby ma więcej niż dwie twarze/

 

na końcu wysunął dłonie

/zacisnęła kolana i wyostrzyła wzrok

wygłaszanie orędzia wymaga nadzwyczajnych środków

hipokryzji/

tak dowiedziała się że życie

jest życiem i nie ma sensu owijać w bawełnę

bo przecież nie wódka i jak spadnie to nie żal

 

przypomniała sobie wszystkie burze dzieciństwa

dobre rady z tych

co zawsze za wcześnie

że dorasta w wierszu choć prawda

że umrze młodo ale przecież

zmyśliła tyle lat co on

 

panie poeto

dziękuję panu za moje nieistnienie

 

 

 

 

ROZMOWA Z JULIĄ

sobie w dniu drugich narodzin

tyle was
co wiatru w palcach
i choćbym chciała więcej -
czy sprawiedliwie znaczy dobrze

mogłam się upić
wciąż wierzyć że wszystko
stoczy się błyskiem
ciepłem
za przepaskę oczu
a dla mnie tylko róże
i kieszeń pełna jutra
tyle was co złapanych liści
każdej dam inną nazwę bieli
jak córka Giocondy
schowam twarz
i choćbym krzyczała więcej -
jak namalować głos

uśmiechnę się dłońmi
pora
ustąpić miejsca
pora
zastąpić siebie